Wiedza

Jej Wysokość Ochrona Przyrody

Gdy wszedłem do czatowni, zaskoczył mnie tłum ludzi.

Czuło się radość i podekscytowanie. Ktoś szepnął, że na zewnątrz jest Kszyk. Wyjrzałem przez lukę obserwacyjną i spojrzałem tam, gdzie patrzyła większość zebranych. Rzeczywiście - był tam Kszyk! Niby nic nadzwyczajnego w typowym angielskim rezerwacie jakim jest Titchwell Marsh, ale… ten ptak był najwyżej 2 metry od czatowni. Kompletnie niespeszony zajmował się swoimi sprawami: pospiesznie zajadał  tłuste robaki, potem z upodobaniem czyścił sobie pióra. O ile jego nieproporcjonalnie długi dziób doskonale nadawał się do sondowania mulistego brzegu lub przeczesywania piór wyrastających gdzieś na krańcach ciała, o tyle wielką trudność sprawiało mu zajmowanie się piórami na piersiach, czy barkach. Do tych na szyi używał już tylko palców u nóg. Zupełnie inaczej niż większość krótkodziobych ptaków, które muszą się nieźle nagimnastykować, aby dotrzeć, na przykład, do piór w ogonie. Przyglądając się Kszykowi, przypomniało mi się, co mawiała Janet Kear, jedna z najbardziej utytułowanych brytyjskich działaczek i badaczek ptaków: „Gdy patrzysz na ptaka nie możesz się nie uśmiechnąć”.

 

Kszyk pozostawał na swoim posterunku jeszcze przez kolejne 2 dni, a w czatowni wciąż byli ludzie. Patrzyli i uśmiechali się.

 

Birdwatching, czyli obserwowanie ptaków, zajecie któremu z wielką pasją i zaangażowaniem oddają się miliony Brytyjczyków, również uspakaja – i łagodzi obyczaje. Przeciętny angielski birdwatcher jest nie tylko wyposażony w najlepszy sprzęt optyczny, ale też ma wiedzę ornitologiczną na poziomie akademickim oraz oświadczenie terenowe często na najwyższym poziomie. I w razie potrzeby zawsze można na niego liczyć. On oraz jego koleżanki i koledzy mają do swojej dyspozycji gęstą sieć rezerwatów rozsianych po całym kraju. Te mokradłowe, oprócz tradycyjnych ścieżek edukacyjnych, zwykle wyposażone są w wygodne czatownie. Ptaki ogląda się stamtąd niczym doskonale wyreżyserowany naturalny spektakl. Przy niektórych rezerwatach funkcjonują też coraz bardziej nowoczesne, świetnie wyposażone centra edukacyjne.

 

A wszystko zaczęło się zaledwie kilka pokoleń temu, w wiktoriańskiej Anglii, na fali dwóch największych rewolucji naszej cywilizacji: przemysłowej i darwinowskiej…

 

 

Odpowiedzialnie i rytmicznie

W 1864 roku, w górniczym Newcastle na północy Anglii, powstało pierwsze dziecięce stowarzyszenie skupione wokół pisemka „Dicky Bird Society”. Intencją założycieli było zachęcenie dzieci do zimowego dokarmiania ptaków w parkach i ogrodach, przy czym prawdziwa motywacja miała charakter wybitnie społeczny. Otóż zajęcie się ptakami miało chronić młodzież przed demoralizującym brakiem jakichkolwiek zajęć – rozwijać zainteresowania i uczyć odpowiedzialności. Najwyraźniej metoda okazała się tyleż potrzebna, co skuteczna, bo wkrótce gęsta sieć lokalnych kół skupiała miliony członków w całym kraju. Zrozumiano wówczas, że był to jedynie punkt wyjścia do prawdziwej przyrodniczej edukacji i do budowania wrażliwości wobec przyrody.

 

Na fali ogromnej popularności ruchu dokarmiania ptaków, w roku 1876 powstało Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Zwierząt. W niedługim czasie objęła je swoim patronatem królowa Wiktoria i od tego momentu miało ono prawo używać w swej nazwie wielce pożądanego przymiotnika „Królewskie”. Kampanie RSPCA prowadzone były z niezwykłą dynamiką. Charakterystyczne dla nich były przemarsze orkiestr dętych. Rytmiczne melodie mało kogo pozostawiały obojętnym. Okazało się, że ucząc się odpowiedzialności oraz szacunku dla zwierząt, można się też nieźle bawić! Przysięga składana przez dzieci wstępujące w szeregi Towarzystwa brzmiała tak: “Niniejszym solennie obiecuję być dobry dla wszystkich Istot Żywych, ochraniać je z całej mojej mocy, zimą dokarmiać ptaki i nigdy nie zabierać jaj z ich gniazd”.

 

 

Sufrażystki i perkozy

Na przełomie XIX i XX wieku największe gospodarki świata napędzały… ptasie pióra. Pióra świadczyły o statucie kobiety (a także jej męża!), a ich cena mogła kilkukrotnie przewyższać cenę złota. Im rzadsze i bardziej niezwykłe były, tym większe wartości osiągały. Ówczesne elegantki zdobiły piórami suknie, rękawiczki, szale, płaszcze i peleryny – przede wszystkim kapelusze. Wyścig mody sprawił, że zwykłe pióra przestały wystarczać. Kapelusze zaczęto ozdabiać skrzydłami i skórami ptaków - aż wreszcie całymi wypchanymi ptakami. Dłonie ówczesne damy chroniły w mufkach produkowanych z ptasich skór. Do tego najlepiej nadawały się skóry perkozów, które spędzają całe życie na lub pod wodą, a których pióra mają niezwykłe właściwości izolacyjne.  

 

Gdy pod koniec XIX wieku zabito praktycznie wszystkie brytyjskie Perkozy Dwuczube, głos zabrała grupa pań z wyższych sfer nazwana później ornitologicznymi sufrażystkami. Na ich czele stanęła jedna z najbardziej wówczas wpływowych arystokratek – piękna i bogata Emily Williamson. Kobiety miały świadomość, że okrutna moda i pogoń za zyskiem doprowadziły na całym świecie wiele gatunków do całkowitej eksterminacji -  jeszcze więcej znalazło się na granicy przetrwania. Skojarzenie z sufrażystkami też nie było przypadkowe. W tym samym czasie, w Wielkiej Brytanii rodził się ruch walki o prawa kobiet. Kobiety dostrzegły analogie pomiędzy swoją sytuacją, a tym co działo się z ptakami – bezlitośnie i bez żadnych ograniczeń zabijanymi do produkcji wymyślnych modniarskich akcesoriów. Analogie tym mocniejsze, że łączyły okrucieństwo wobec zwierząt z przemocą doświadczaną w domach przez kobiety i dzieci. Kobiety bardziej też współodczuwały tragedię ptasiej rodziny - matki karmiącej pisklęta, która zostaje zabita, a jej dzieci skazane na śmierć głodową. Wreszcie przedmiotowe i okrutne traktowanie ptaków stało się metaforą na bezużyteczności kobiet w ówczesnym patriarchalnym społeczeństwie. Tymczasem emancypantki chciały być użyteczne i mieć wpływ na otaczający je świat.

 

Początkowo aktywistki adresowały swoje działania do innych kobiet z angielskiej socjety. Szybko zasłynęły listami, które dzisiaj zapewne nazwalibyśmy direct marketingiem. Oto przykład jednego z nich: “Szanowna Pani Dellaney, miło było zobaczyć Panią w naszej parafii podczas nabożeństwa w ubiegłą niedzielę. Ale czy zdaje sobie Pani sprawę z tego, iż miała na sobie pióra 7 różnych gatunków ptaków? Wiele z nich jest na skraju zagłady, do czego przyczynia się Pani osobiście. To postępowanie niegodne kobiety, matki i chrześcijanki.”

 

W końcu to, co zaczynało się jako zwykłe afternoon tea dało początek być może największej i najbardziej wpływowej organizacji ochrony przyrody na świecie. Zarejestrowaną w 1889 Ligę Piór po 15 latach objął patronatem król Edward VIII. Od tego czasu kolejni brytyjscy monarchowie sprawują honorowy patronat nad stowarzyszeniem, które dzisiaj nazywa się Królewskim Towarzystwem Ochrony Ptaków (RSPB).

 

Wielka Brytania ostatecznie zakazała handlu ptasimi piórami w roku 1921. W 1928 zrównano prawa wyborcze kobiet i mężczyzn.

 

 

Największa siła polityczna Zjednoczonego Królestwa?

Po 125 latach istnienia, RSPB zatrudnia na etatach ponad 2000 osób i każdego roku korzysta z pracy ponad 12 tysięcy wolontariuszy. Stowarzyszenie zarządza siecią rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 600 000 ha i ma do dyspozycji budżet roczny wartości ok. pół miliarda złotych – w tym spadki oraz darowizny i składki członkowskie od ponad 1 miliona członków! To ponad dwukrotnie więcej, niż brytyjskie partie polityczne razem wzięte - i poważna siła społeczna licznie reprezentowana w każdej kadencji parlamentu niezależnie od wyniku wyborów. Nic dziwnego, że władze stowarzyszenia regularnie spotykają się z premierem Wielkiej Brytanii.

 

Wolontariusze RSPB robią przysłowiowe „wszystko”. Obsługują wielkie imprezy, pracują w sklepach i restauracjach przy rezerwatach. A tam, szczególnie w dni wolne od pracy, może być wielki ruch. Sprzątają, utrzymują ogrody, budują budki lęgowe i karmiki, dokarmiają ptaki. Odpowiednio przeszkoleni liczą ptaki lub oznaczają rośliny w transektach badawczych dla celów naukowych, prowadzą różne monitoringi. Gdy trzeba, pracują jako ochrona przy rewirach lęgowych zagrożonych lub szczególnie rzadkich gatunków (trzymają w ten sposób na dystans drapieżniki i złodziei jaj). Koszą i odkrzaczają łąki - albo przeciwnie - w innych miejscach sadzą krzewy i drzewa. Oprowadzają wycieczki, prowadzą zajęcia edukacyjne z dziećmi lub dorosłymi, robią zakupy, transportują towary oraz gości. Wolontariusze oczywiście nie dostają za swoją pracę wynagrodzenia – są przecież wolontariuszami. Poświęcają swój własny czas i umiejętności z potrzeby serca i w poczuciu współodpowiedzialności. Wolontariusze to najczęściej emeryci i młodzież. Osoby czynne zawodowo, chociaż też się angażują, z wiadomych powodów stanowią tutaj mniejszość. 

 

 

“Zainteresuj chłopca przyrodą...”

Zdobywca Bieguna Północnego, kapitan Robert F. Scott, w swoim dzienniku z tragicznej wyprawy w 1912 roku napisał do żony: “Zainteresuj chłopca przyrodą. To lepsze, niż sport.” Wielki podróżnik i odkrywca miał na myśli swojego wówczas 3-letniego syna Petera, a który prawie 50 lat później został współzałożycielem WWF (World Wilde Fund for Nature) i zaprojektował słynne logo tej organizacji.

 

Scott Junior, jako młody mężczyzna, rzeczywiście zainteresował się przyrodą – jako myśliwy. Podczas jednego z polowań, postrzelił Gęś Krótkodziobą. Od spłoszonego stada odłączyła się inna gęś – prawdopodobnie partner lub bliski krewny - i nie bacząc na zagrożenie odnalazł miejsce gdzie upadła zestrzelona gęś. Nie było to łatwe, bo teren porastały trzciny. Ptak nie ustawał w desperackich wysiłkach, aby pomóc ofierze polowania. Wreszcie pozostało mu jedynie czuwać przy ptaku w agonii. Tamte wydarzenia sprawiły, że było to ostatnie polowanie młodego myśliwego. Kilkanaście lat później Peter Scott założył pionierską organizację której celem była ochrona ptaków związanych z wodą – gęsi, łabędzi, kaczek – tych, które wcześniej z takim zapamiętaniem zabijał. Tak powstało Wildfowl and Wetlands Trust - Fundacja na Rzecz Ptaków Wodnych i Terenów Podmokłych. Druga co do wielkości organizacja ochrony przyrody na Wyspach, która ma ponad 200 tysięcy wiernych członków i dysponuje rocznym budżetem wartości ponad 130 mln złotych. Jej patronką jest Królowa Elżbieta, która w początkach funkcjonowania WWT przywiozła zaskoczonemu Scottowi parę Łabędzi Czarnodziobych ze swojej oficjalnej wizyty w Ameryce Północnej. Prezesem zarządu WWT jest Książę Karol, a wiceprezesem Sir David Attenborough.

 

Zasługą Sir Petera Scotta było zbudowanie organizacji na czterech podstawowych filarach: badania naukowe, aktywna ochrona gatunków i ich siedlisk oraz edukacja i rekreacja. Te dwa ostatnie wywołały swego czasu prawdziwą rewolucję w dziedzinie ochrony przyrody - i do dzisiaj żywo angażują całe rzesze Brytyjczyków. Dzisiaj WWT prowadzi w całym kraju 9 Centrów Ochrony Mokradeł. Otwarte są one 364 dni w roku - i odwiedza je milion osób. Centra te funkcjonują jako rezerwaty z doskonałą infrastrukturą umożliwiającą obserwacje. Każdemu towarzyszy ośrodek edukacji, a niektórym swoiste banki genów ptaków zależnych od siedlisk mokradłowych – jednych z najbardziej zagrożonych w skali globu (gatunków i siedlisk).

 

WWT znane jest też ze spektakularnych akcji ratowania gatunków ginących. Na przykład, populacja hawajskiej gęsi Nene liczy dzisiaj ok. 500 ptaków, ale kilkadziesiąt lat temu na wolności żyły  32 ptaki. Podobno Krzyżówkę Białooką uratowano, gdy na Ziemi pozostała ostatnia kaczka z pisklętami. Dzisiaj przyrodnicy z WWT walczą m.in. o przetrwanie Biegusa Łyżkodziobego i Podgorzałki Madagaskarskiej.

 

 

Mainstream

W całej Wielkiej Brytanii funkcjonuje dzisiaj łącznie ponad 3 tysiące różnych  organizacji ochrony przyrody, których działalność wspiera około 200 tysięcy wolontariuszy. Parki narodowe obejmują ponad 9% powierzchni kraju. Do tego należałoby dodać kilkadziesiąt procent powierzchni objętych ochroną krajobrazową. Wielka Brytania była pierwszym krajem na świecie, w którym utworzono nie tylko ministerstwo ochrony środowiska, ale też pierwsze na świecie ministerstwo z bioróżnorodnością w nazwie - Ministerstwo Bioróżnorodności, Krajobrazu i Spraw Wsi oraz Ministerstwo Zmian Klimatycznych i Energii. Treści przyrodnicze i zagadnienia ochrony przyrody są stałym elementem rzeczywistości społecznej i medialnej. Filmy przyrodnicze nadawane są na kanałach krajowych w pasmach wieczornych (prime time), a liczni dziennikarze i prezenterzy-przyrodnicy robią szybkie kariery. Każdego roku na półki księgarni trafia kilkadziesiąt nowych tytułów popularyzujących przyrodę.

 

Czy ktoś widział paszport brytyjski?... Warto mu się przyjrzeć, bo to małe dzieło sztuki. Jednak, to co być może najbardziej (nas) zaskakuje, to piękne grafiki angielskiego dębu, motyli modraszków czy Kulików – integralnych elementów angielskiego krajobrazu i dziedzictwa narodowego. Nie mniej ważnych dla budowania patriotyzmu i tożsamości narodowej, niż Big Ben czy James Bond. Wizerunku Bonda oczywiście w paszporcie nie ma, ale David Craig zastąpił Pana Attenborough i czyta filmy przyrodnicze dla BBC.

 

Branża przyrodnicza, w tym turystyka przyrodnicza i birdwatching, to w Wielkiej Brytanii również poważny biznes. Tylko w Szkocji każdego roku generuje równowartość ok. 7 miliardów złotych i zapewnia 39000 pełnoetatowych miejsc pracy.

 

 

Pudełko czekoladek i Harry Potter

Angielska wieś, szczególnie taka w strefach chronionego krajobrazu (Areas of Outstanding Natural Beauty) jest śliczna i słodka jak pudełko czekoladek. W większości stare domy, z pięknymi ogrodami kipiącymi bujną zielenią, wśród której uwijają się ptaki. Anglicy dzielą się swoimi ogrodami – a właściwie robią wszystko, aby przyciągnąć do nich możliwie najwięcej ptaków, motyli, czy chociażby jeże (Garden Wildlife).

 

Nowe domy też są – ale nie wyróżniają się. One też muszą wpisać się w lokalną tradycję i krajobraz. Jeśli we wsi tradycyjnie budowało się z czerwonej cegły lub kamienia – tylko takie materiały zostaną dopuszczone na elewacji.

W centrum tradycyjnej wsi będzie bardzo stary pub i tzw. village green - plac spotkań – a dokładniej ogromny trawnik, ławki i stare drzewa. Im starsze tym cenniejsze i tym bardziej mieszkańcy będą z nich dumni. Lipy, dęby, graby, buki - czasami kasztanowce lub platany. Oczywiście nikomu nie przychodzi do głowy aby je okaleczyć – lub, jakby powiedziano w Polsce, „dokonać cięć pielęgnacyjnych”. Zresztą Anglicy są nie tylko romantyczni, ale i praktyczni – wiedzą że stare drzewa na posesji lub przynajmniej w sąsiedztwie znacząco podnoszą wartość nieruchomości. Pamiętają też, że ich liście produkują tlen, wychwytują kurz i zanieczyszczenia z powietrza oraz tłumią hałas – a to bardzo ważne w coraz bardziej uprzemysłowionym świecie.

 

Wczesną wiosną (w Anglii będzie to zazwyczaj połowa lutego), dosłownie wszędzie pojawiają się cale połacie przebiśniegów, za nimi łąki żonkili. Wkrótce ich miejsce zajmą wyniosłe naparstnice. Kwiaty są tutaj przez cały rok. I nie jest to tylko kwestia łagodnego klimatu, ale przede wszystkim wielkiego zamiłowania do przyrody i świadomego wyboru – czyli angielskiego stylu. Ten styl jest wielkim wsparciem dla bioróżnorodności i tradycji. Wszystko razem wygląda tak malowniczo, że wydaje się nierzeczywiste. Nic dziwnego, że krajobraz ten jest ojczyzną tak wielu pisarzy i ich niezwykłych bohaterów.

 

We wsi po zmroku jest… ciemno. Latarnie albo zostały zdemontowane, albo po prostu nie są włączane. Albo tylko co druga lub co trzecia - i tylko w tych lokalizacjach, gdzie ma to sens praktyczny – np. przy drogach przelotowych. Mieszkańcy mogą sami decydować o tym, czy w nocy ma być jasno za wszelką cenę, czy też ciemno, jak na noc przystało. A cena jest niebagatelna – w końcu chodzi o klimat, na który wszyscy mamy wpływ (najczęściej negatywny) i od którego wszyscy zależymy. Przecież na „zrobienie dnia nocą” potrzebne są wielkie nakłady energetyczne – w skali regionu, a tym bardziej kraju są to ogromne ilości CO2.W sensie budżetowym - wydatki lub oszczędności. No i są jeszcze rośliny, zwierzęta i ludzie – okazuje się że z fizjologicznego punktu widzenia wszyscy potrzebujemy światła w dzień i ciemności w nocy. Tak oto świadome społeczeństwo dotarło do chwili, gdzie o poziomie cywilizacyjnym świadczy ciemność nie zaś palone na próżno światło.

 

Chciało by się krzyknąć: „Yes, we can!”(Or, can we?)

 

 

Zapraszamy na Trzeci Zlot Klubu Ptaków Polskich - 20-22 czerwca w Goniądzu nad Biebrzą. Będziemy cieszyć się polską przyrodą i poznawać nasze dziedzictwo. Orkiestra też będzie. Jak przystało na prawdziwy festiwal (Polskiej Przyrody).

 
(więcej w audycji radia TOK FM zarejestrowanej 31 maja, 2014 - Ewa Podolska rozmawia z autorem Jacekiem Karczewskim i Anną Pilarską w audycji Zielono mi, o 19.00 - POSŁUCHAJ)

 

 

 

 

Autor: Jacek Karczewski, współpraca: Arek Glaas

Źródło: Ptaki Polskie

Powiązane artykuły

Warszawa jest wciąż na pTAK! - zapraszamy na lutowe spotkanie i wycieczkę terenową

Warszawa jest wciąż na pTAK! - zapraszamy na lutowe spotkanie i wycieczkę terenową

07 luty 2014

W ramach kolejnych działań projektu Warszawa na pTAK! zapraszamy wszystkich Warszawiaków na lutowe spotkania w stolicy.

WIĘCEJ >
Ponowienie zapytania ofertowego w zakresie noclegów, wyżywienia i cateringu podczas szkoleń

Ponowienie zapytania ofertowego w zakresie noclegów, wyżywienia i cateringu podczas szkoleń

19 styczeń 2015

Zapytanie ofertowe nr pTAK!3/03/01/2015 dotyczy: usługi w zakresie zapewnienia noclegów, wyżywienia i cateringu podczas drugiego i trzeciego cyklu szkoleń organizowanych dla Liderów i Edukatorów Regionalnych w ramach projektu Bądź na pTAK!

WIĘCEJ >

Przewodnik po ogrodach

06 maj 2016

WIĘCEJ >