Na bagnach i nad wodą

Pluszcz

Czy Pluszcz się pluszcze, czy pluska?

 

Przypuszczalnie poprawnie powiedzielibyśmy, że przebywa pod powierzchnią, ale powszechnie pamiętamy, że on po prostu pajacuje w pianie pod prysznicem. Prysznicem rzecznym i strumiennym, rzecz jasna. Tym razem rzecz o pluszczu – nie mylić z bluszczem – piórem i obiektywem Marcina Łukawskiego.

 

Sylwetką przypomina strzyżyka, lotem – zimorodka, a wielkością szpaka. Silne łapy służące do chodzenia po kamienistym dnie strumienia zakończone są ostrymi i mocnymi pazurami. W jego menu znajdują się larwy chruścików, drobne mięczaki i skorupiaki a zimą małe rybki. Pluszcze trzymają się wartkich, górskich potoków chociaż zdarzają się też i na nizinach. Zasada jest jedna - musi tam być szybko płynąca, czysta woda.

 

Pluszcz to jedyny nasz gatunek ptaków śpiewających bardzo sprawnie poruszający się pod wodą. Spotkać go możemy w dolinach na południu Polski, a Dolina Kościeliska to jedno z jego ulubionych miejsc.

 

Jedno z moich pierwszych, bliższych spotkań z pluszczem miało miejsce na wakacjach w Beskidzie Śląskim. Kiedy podczas spaceru wzdłuż strumienia do moich uszu dotarł wyraźny dźwięk - wiedziałem, że to musi być pluszcz. Następnego dnia byłem tam już z aparatem i czekałem cierpliwie na bohatera zdjęć. Przyleciał po około godzinie, ale wybrał sobie słabe miejsce dla fotografii. Po powrocie do domu zastanawiałem się, jak i kiedy pojechać w to miejsce, by mieć coś więcej jak tylko dokumentacyjne kadry pluszcza. Decyzja zapadła!!! Jadę na przełomie kwietnia i maja, bo wtedy jest szansa, że rodzice będą często kursować z pokarmem dla młodych.

 

Z wcześniejszych obserwacji wynikało, że jak dorosła para trzyma się danego obszaru, to i gdzieś w pobliżu mają swoje gniazdo, które najczęściej jest usytuowane pod mostkami, na skarpach, w szczelinach lub nawet pod osłoną wodospadów. Terytorium pluszcza to około 1 - 2  km wzdłuż strumienia, więc nie jest problemem znalezienie miejsca ich zamieszkania. Tak też było i w moim przypadku. Gniazdo było umieszczone od spodu małego mostu, tuż nad lustrem wody.

 

Pierwszego dnia zrobiłem zasiadkę w odległości ok. 200 metrów od pluszczowej rezydencji. Z kilku kamieni, na których ptaki lubiły odpoczywać wybrałem jeden, najbardziej interesujący, z dość ciekawym tłem i kilka metrów od niego, postanowiłem się „rozgościć". Wszystko by było pięknie, gdyby nie jeden problem... miejscem w którym miałem się rozłożyć nie był brzeg strumienia, ale główny jego nurt i dno o głębokości jednego metra !!! Miałem tylko spodniobuty. Na szczęście, w sporo większym rozmiarze, więc pod spód ubierałem prawie wszystko co miałem. I tak to odziany na cebulkę musiałem zejść z 3 metrowej skarpy i doczłapać się do planowanego miejsca zasiadki.

 

Wcześniej przygotowałem sobie stelaż z drągów, na który to narzucałem siatkę maskującą. Przy wartkim strumieniu co chwila woda nanosi gałęzie, więc ptaki moją małą i w miarę naturalną budowlą nie były chyba zdziwione. Siedzę i czekam, nurt jest na tyle silny, że cały czas walczę by utrzymać odpowiednią pozycję. Przez pierwsze dwie godziny nic się nie dzieje. Co jakiś czas przelatuje obok mnie a to jeden, a to drugi pluszcz, ale żaden nie chce się zatrzymać na wybranym kamieniu. Nogi mi drętwieją, palców już z zimna nie czuję, ale dalej zawzięcie siedzę. To, co dzieje się przede mną obserwuję przez dziurkę w siatce i w pewnej chwili dostrzegam lecącego w moją stronę pluszcza..., myślę sobie „może teraz na chwilę przycupniesz ?"...JEST !!! USIADŁ !!! To ten moment !!!

 

Przez te kilka sekund zapomniałem o zimnie, nogi przestały mi drętwieć, a i w plecach nie odczuwałem już bólu. Cały trud został wynagrodzony tymi kilkoma ujęciami. W głowie rodzi mi się pytanie na jakim etapie rozwoju są młode, które to tak często przez rodziców są doglądane. Nie widzę ich, więc może są jeszcze w gnieździe. Klęcząc tak w wodzie planuję już następną zasiadkę, ale tym razem w innym miejscu strumienia.

 

W drugiej połowie dnia wracam w te okolice i po kilku minutach dostrzegam jednego młodego pluszcza. Po chwili drugiego, siedzącego na niskim, ogołoconym z liści krzaku. Na tym miejscu się teraz skupiam i dokładnie obserwuję bieg wydarzeń. Okazuje się, że przyjechałem o tydzień, może dwa za późno i młode są już całkiem sprawne i starają się same zadbać o pożywienie. To już był ten moment, kiedy maluchy jeszcze się dopominają o jedzenie, ale są już rzadko przez rodziców karmione. Niemniej jednak układam sobie kolejny plan fotografowania, tym razem młodych pluszczy i wybieram kamień, na którym to i jeden i drugi młodziak się cyklicznie pojawia.

O świcie już leżę na kamieniach i czekam. Komfort jest o niebo lepszy jak dnia poprzedniego..., no może za wyjątkiem wbijających się w ciało ostrych kamieni.

 

Po półtorej godzinie leżenia słyszę za plecami furkot skrzydeł. Czekam, aż łaskawie pojawi się przed obiektywem. Coraz wyraźniejsze dźwięki dolatują do moich uszu, a to skrobanie, a to popiskiwanie, aż wreszcie widzę jak przeskakuje z kamienia na kamień młody pluszcz. Pręży się i kuca, krzyczy i po chwili drzemie, ubaw mam z niego po pachy. Karta zapełnia mi się w oka mgnieniu, a tym samym i poziom endorfin cały czas wzrasta. Po kilku minutach młodziak zbliża się do mnie coraz bardziej. Mam założony obiektyw 300mm, gdzie minimalna odległość ostrzenia to ok. 2.5 metra. Niestety, ze zdjęć już nici, bo jest za blisko, ale jakaż to przyjemność tak bliskiej obserwacji. Pluszcz biega z kamienia na kamień łapiąc raz za razem jakieś małe owady. Tego dnia leżę tam dość długo i duchowo jak i fotograficznie cały czas się nasycam. Pluszcze pojawiają się w różnych miejscach, gdzie mogę je „sięgnąć" obiektywem. Dzień kończę obserwacją żmii zygzakowatej, która wygrzewała się częściowo na kamieniach...i częściowo na moich woderach .

 

Przez następnych kilka dni wirtualnie układam sobie kadry. Jednym z nich jest ujęcie pluszcza, gdzie w tle majaczy kaskada wody. To zdjęcie robiłem bez maskowania, z podchodu. Krok po kroku, po środku nurtu zbliżałem się do żerującego ptaka.

 

Pluszcz widział mnie doskonale ale pozwolił zbliżyć się na fotograficzną odległość. Po pewnym czasie dopiero zorientowałem się, że moje spodniobuty okazały się za krótkie i do połowy już miałem w nich wodę. Fotografować zakończyłem w momencie, kiedy zobaczyłem jak piętnastoosobowa wycieczka obcokrajowców z radością na twarzach robi mi zdjęcia.

 

I tak dobiegła końca moja majowa przygoda z pluszczami. Wszystkim zainteresowanym polecam przyjrzeć się bliżej temu gatunkowi, bo jest to ptak dość niepłochliwy i przewidywalny, a obserwowanie go dostarcza całą masę pozytywnych emocji. Dzisiaj minęło ok. 7 miesięcy od czasu, kiedy to ostatni raz je widziałem, a  już się za tymi ślicznymi i niedocenianymi ptakami mocno stęskniłem. Myślę, że w przyszłym roku kolejny raz je odwiedzę.

 

Galeria Marcina Łukawskiego: http://foto-natura.com.pl

Autor: Tekst i zdjęcia: Marcin Łukawski

Źródło: brak

Powiązane artykuły

Podpisz petycję  - dla społeczeństwa i środowiska

Podpisz petycję - dla społeczeństwa i środowiska

21 listopad 2012

Dość czeków in blanco – inwestujmy w korzyści dla społeczeństwa i środowiska. Budżet UE 2014-2020: Twój głos się liczy!

WIĘCEJ >
Wiosną wraca do nas

Wiosną wraca do nas "życie"

01 kwiecień 2011

Miesiąc marzec w potocznej fenologii często nazywany jest "przedwiośniem”, czyli okresem przed wiosną, podczas którego budzi się uśpione chłodami życie.

WIĘCEJ >
Święto organizacji pozarządowych w Sopocie!

Święto organizacji pozarządowych w Sopocie!

07 wrzesień 2015

Ptaki Polskie też tam będą - zapraszamy!

WIĘCEJ >