Wydarzenia

Zielona Szkoła na biebrzańskich bagnach

Bagno wciąga, nie tylko dosłownie... O tym wiedzą nawet najmłodsi. A skąd? Mieli okazję przekonać się osobiście podczas Zielonej Szkoły w samym sercu Doliny Biebrzy, którą zorganizowaliśmy pod koniec maja.

Jak przystało na zieloną szkołę, edukacja odbywała się głównie w terenie – pośród wybujałej zieloności nadbiebrzańskiej przyrody, w samym środku wiosny.

 

A czym charakteryzuje się ta Biebrza? Dlaczego jest taka wyjątkowa?

 

Biebrza to największy w Polsce obszar bagienny, a co więcej - ze względu na swój charakter, jest to teren unikatowy na skalę europejską. Dolina Biebrzy ma ogromne znaczenie dla ptaków związanych ze środowiskiem wodnym, stanowiąc jedno z większych lęgowisk tych ptaków w Europie. Jest również niezwykle cennym żerowiskiem dla ptaków podczas corocznych wędrówek - to tu mają miejsce przeloty tysięcy żurawi i gęsi. Wypada również wspomnieć, że Biebrza to niezwykłe bogactwo organizmów - najróżniejszych, również takich, o które ciężko wszędzie indziej...

 

Ale wiecie co? Nie warto tylko o tym mówić, to TRZEBA zobaczyć. Biebrza to miejsce, którego trzeba doświadczyć bezpośrednio.

 

Nam w osobistym poznaniu rzeki pomógł List od rzeki Biebrzy, w którym opowiedziała ona swoją historię - o tym jak się zmienia, o swoich mieszkańcach, a także o problemach, jakim musi stawiać czoła. Była to okazja do przeniesienia się w przeszłość i poznania rytmów, jakim poddaje się rzeka, zmieniając swój bieg i charakter. A skoro już jesteśmy w dawnych czasach… Czy wiedzieliście, że nawet niepozorne kamyki mogą skrywać tajemnice z odległej przeszłości? Jak na przykład odciski roślin czy zatrzymane na zawsze w skamielinie organizmy.

 

Po przygotowaniu teoretycznym czas wyjść było w teren, najlepiej skoro świt. Choć wiemy, że pospolici, choć niechętnie ujawniający swoją obecność mieszkańcy bagien to ogry, to nie Shreka szukaliśmy o świcie. Świt na bagnach należy do łosia. A jak się tropi łosia? Wiadomo, łośtrożnie!

 

Zatem po cichutku skradaliśmy się, by przyjrzeć się jego dziwacznej, ale jakże sympatycznej fizjonomii. Duża głowa z szerokim pyskiem nadaje mu nieco gapowaty wygląd. Przydługie kończyny jakby w białych rajstopach, zakończone szerokimi rozsuwającymi się racicami, które nie pozwalają mu zapadać się w śniegu i grząskim bagnie.

 

No tak, łoś ma racice, a my w kaloszkach, wpadliśmy w niezłe bagno. Naprawdę niezłe. Pełne wyjątkowych roślin. Wiele z nich już po nazwie zdradzało swoje siedlisko: skrzyp bagienny, gnidosz błotny, przysmak łosi - knieć błotna, bagno zwyczajne, bobrek trójlistkowy… Bobrek zapewne od bobra, a bobry też lubią wodę…

 

Zdziwienie dzieci wywołały rozrzucone kępki puszystej przędzy, a to przecież też rośliny – wełnianki… Hmm, może na szaliki dla łosi…? W nie mniejsze zdumienie wprawiła nas rosiczka okrągłolistna. Zamiast żarłocznego monstrum zastaliśmy delikatną roślinę niewielkich rozmiarów, z połyskującymi od rosy liśćmi, które niosły owadom nieuchronną zgubę.

 

Zgubę nie tylko owadom, ale przede wszystkim drobnym ssakom i ptakom niosą sowy. A jak już się najedzą, to „plują” wypluwkami, czyli niestrawionymi częściami swoich ofiar. Co takiego znajduje się w wypluwce? Tego staraliśmy się dowiedzieć podczas zajęć laboratoryjnych. W ruch poszły lupy, pęsety i igły preparacyjne… aż kłaki fruwały! Dosłownie, bo większość wypluwki stanowią niestrawione włosy, czyli sierść drobnych gryzoni. Dopiero wewnątrz wypluwek można odnaleźć maleńkie kosteczki… A gdy kości zostały rzucone, przyszedł czas na binokulary, pod którymi można było obejrzeć dokładnie elementy szkieletu. Przyjrzeliśmy się bardzo szczegółowo czaszkom i uzębieniu, bo to właśnie te kości stanowią najpewniejszy element diagnostyczny w ocenie, co sowa jadła na kolację.

 

A skoro jesteśmy przy kolacji… Gdy słońce chyliło się ku zachodowi urządziliśmy wieczór strachów, podczas którego nauczyliśmy się rozpoznawać odgłosy sów. Usłyszane pohukiwanie w scenerii cmentarza i pełni księżyca zapewne przyprawi o dreszcze i gęsią skórkę niejednego wytrawnego słuchacza. Ale dzieciom nie straszne takie dźwięki. Dlatego najlepiej wychodziło im rozpoznawanie i naśladowanie pisków płomykówki, „puchania” puchacza i pójdźkowe wymowne pójdź … pójdź... wiadomo gdzie. Po teorii wyszliśmy w teren, aby sprawdzić umiejętności rozpoznawania sowich śpiewów w praktyce. Choć sowy okazały się mało skore do sowich „treli”, wiemy, że były. Znaleźliśmy niepodważalny dowód – wypluwki.

 

Dlaczego Zielona Szkoła na bagnach? Bo jak głosi porzekadło - chodzenie po bagnach wciąga. A z Zielonej Szkoły na Bagnach Biebrzańskich nikt nie wyjedzie zielony - to pewne!

 

Autor: Michalina Pączkowska

Źródło: Ptaki Polskie

Powiązane artykuły

(Za) daleko stąd,

(Za) daleko stąd,

02 lipiec 2015

czyli „Atlas Wysp Odległych” Judith Schalansky.

WIĘCEJ >
Mewa Srebrzysta

Mewa Srebrzysta

12 listopad 2015

To spojrzenie mówi samo za siebie!

WIĘCEJ >
Kot w ogrodzie

Kot w ogrodzie

19 luty 2013

Każdy właściciel kota uwielbia go. Nie może nadziwić się jego elegancji, niezależności i sprawności. Cechy te, determinowane przez charakter tego małego drapieżnika, tylko w niewielkim stopniu zanikły w trakcie udomowienia. Dlatego też koty w

WIĘCEJ >