7 grzechów głównych

Skąd susze? Skąd powodzie? - odpowiadamy i radzimy, jak przywrócić równowagę.

Od połowy lat 90. stale i widocznie pogłębia się w Polsce problem suszy. Ostatnie lata były pod tym względem najgorsze w całej historii pomiarów. Latem ubiegłego roku nawet duże rzeki, takie jak Narew czy Noteć, przestały płynąć. Wisła na wielu odcinakach zamieniła się w ciąg płytkich stawów i przeskakując z jednej łachy piachu na drugą można było przejść na drugi brzeg suchą nogą. Niewiele lepiej było wiosną - w okresie, kiedy normalnie nasze rzeki osiągają najwyższe stany. Od początku roku do końca kwietnia spadło u nas tyle wody, co w krajach pustynnych, tymczasem większość naszych rzek zasilana jest z opadów. Kłopot w tym, że te zdarzają się coraz rzadziej, a kiedy już pojawia się deszcz, to nierzadko powodziowy.

Czajka
 

Jej liczebność w ciągu ostatnich 20 lat spadła średnio o 75%, a z wielu miejscach te piękne ptaki całkowicie zniknęły. Wyparowały z naszego krajobrazu razem z wodą.

- czytaj więcej o cennych mokradłach
- pomóż nam zachować bagna dla Czajek, Kszyków, Batalionów
i dla nas. 




Zdjęcie Cezary Korkosz.

W styczniu, w południowej części kraju opadów było mniej o ponad połowę w porównaniu z wieloletnią normą. Podobnie w Wielkopolsce, na Kujawach, na Ziemi Lubuskiej, w zachodniopomorskim i na Mazowszu. W kwietniu na Podlasiu spłonęło blisko 6 tysięcy hektarów bagien biebrzańskich. Oczywiście jakiś szaleniec podłożył tam ogień, ale jeszcze kilka lat temu taki pożar byłby nie do pomyślenia, bo jak łatwo się domyśleć, cały ten obszar byłby mocno nasiąknięty i przynajmniej częściowo zalany wodą. Tej wiosny słynne na całą Europę torfowiska były po prostu suche! To być może pierwsza taka wiosna nad Biebrzą w całej jej historii, która najpewniej liczy około 10 tysięcy lat. Przewiduje się, że susza rolnicza (za mało wody w glebie dla normalnego wzrostu plonów) może objąć tego lata 10 województw. Najwyższe alerty (trzecia i czwarta klasa zagrożenia) dotyczą blisko 40 procent terenów rolniczych i leśnych. Mówi się, że niektórym województwom grozi pustynnienie. Czy sytuacja się poprawi? Nie. No chyba, że stanie się cud - zmienimy nasze archaiczne myślenie o wodzie, przestaniemy postrzegać ją jako wroga i zaczniemy z nią współpracować. To bardzo proste. Najpierw jednak musimy zrozumieć na czym polega problem.

Jak wygląda obieg wody w przyrodzie i gdzie szukać ratunku?
 

Na początek zastanówmy się skąd bierze się woda, którą pijemy my i nasze zwierzęta, i która nawadnia nasze pola, sady oraz lasy, które potem zamieniamy na belki, meble lub opał?
Woda, w której się kąpiemy, nad którą odpoczywamy i na której opiera się nasz przemysł, a nie jeden zbił wielki biznes. Cała ta woda stale krąży w obiegu zamkniętym i nie będzie w tym dużej przesady jak powiem, że spada nam z nieba, a konkretnie z chmur opadowych. W postaci deszczu, śniegu a czasami gradu. Jak się tam dostała? Wyparowała stąd, z ziemi. Najwięcej wyparowuje jej z różnych zbiorników wodnych (jezior, stawów, rozlewisk i wolno płynących rzek) oraz z drzew i bujnej roślinności bagiennej, która podobnie jak bagienna gleba, przede wszystkim torfy, chłonie wodę jak gąbka. Nie wierzycie? To włóżcie kawałek przesuszonego torfu albo garść mchów torfowców do miski z wodą i zobaczcie co się stanie. Inne gleby i rośliny też wiążą wodę, gdy jest jej dużo i uwalniają, gdy robi się sucho, ale żadne nie robią tego tak dobrze jak torfy i rośliny bagienne oraz wielkie, dojrzałe drzewa liściaste.

Jedno takie drzewo może przechowywać kilkaset litrów wody!  (czytaj więcej o tym, co dają nam drzewa) 
To dlatego nikt nie pali świeżym - to znaczy mokrym - drzewem.
Wspomniane już bagna biebrzańskie, jedyny w Polsce w większości nie przekształcony kompleks torfowisk, na łącznej powierzchni ok. 80 tysięcy hektarów, retencjonują średnio 177,5 miliona metrów sześciennych wody rocznie! Szacuje się, że praca, to jest usługi ekoserwisowe, jakie zapewnia zaledwie 20-kilometrowy odcinek bagiennej doliny Biebrzy warte są 5,5 miliona euro rocznie!
Woda zgromadzona w tych naturalnych zbiornikach retencyjnych paruje (oczywiście im wyższa temperatura, tym szybsze parawanie) i uchodzi w powietrze. Tam, gdy jest jej dużo, kumuluje się w postaci chmur i powraca na przykład w postaci deszczu. Naszych deszczów nie przygania nam wiatr znad amazońskiej dżungli. Nasze deszcze w większości pochodzą z wody wyparowanej na miejscu. 

Bagna są Dobre! - czytaj o cennych usługach, jakie świadczą nam bagna. 

Wyjrzycie przez okno 

Zapytacie, skoro to takie proste, to dlaczego u nas ostatnio tak rzadko pada. 
Nie wiecie?

To wyjrzycie przez okno albo wyjdźcie przed dom. Wasze podwórko i ogród są już w całości wyłożone betonem, czy zostały jeszcze jakieś wolne, to jest przepuszczalne dla wody miejsca? Takie, gdzie zamiast szybko spływać, woda może wsiąkać albo bezpośrednio do gleby, albo w gęstwinę roślin i ich korzeni, żeby potem wolniutko parować. 
Idę o zakład, że nawet jeśli zachowała się jeszcze jakaś przestrzeń, to pewnie została zniwelowana i zamieniona w jednolity, monotonny i strzyżony co kilka dni trawnik. Dojrzałe, wodonośne i chroniące przed upałami drzewa na podwórku i w ogrodzie?... Pewnie już dawno je wycięliście. Jeśli nie w całości, to przynajmniej ich największe i najcenniejsze konary. U waszych sąsiadów oraz u sąsiadów waszych sąsiadów to samo. Stare, rozłożyste drzewa - nawet te owocowe - zniknęły z większości ogrodów, a nawet niektórych parków. Nie ma już przydrożnych alei, choćby tych śródpolnych. Przyjrzyjmy się naszym polom… Zniknęły z nich zagajniki, nie ma miedz, ani przydroży z gęstymi bukietami polnych kwiatów i ziół. Osuszyliśmy ostatnie śródpolne oczka wodne, zakopaliśmy strumienie, zdrenowaliśmy zagłębienia, gdzie czasami wiosną stagnowała woda parując i nawilżając okolicę… 

Wiecie już dlaczego nad naszymi głowami nie tworzą się chmury opadowe?
Nie mają z czego.
Pozbyliśmy się naturalnych zbiorników retencyjnych, a że nie ma parowania z ziemi, nie ma deszczu z nieba. Powiecie, że to tylko jedna wycięta aleja dębowa, jeden zabetonowany ogród albo jeden osuszony, a do tego mały staw w środku pola. Że to nie ma znaczenia… Ale Ziemia, szczególnie przyroda i klimat, to system naczyń połączonych i wszystko, co robimy ma znaczenie i na coś wpływa. Jeśli robią to wszyscy i na masową skalę może to doprowadzić do zmian krajobrazu, a nawet klimatu. Tak jak wycinanie w całej Polsce drzew i krzewów czy pokrywanie betonem coraz większych powierzchni. Obsesyjnie często i krótko tniemy trawniki, co powoduje, że parowanie z prawie odsłoniętej ziemi jest dużo szybsze (a przy okazji, szczególnie w czasie upałów, nie jest dobre dla samego trawnika, bo nagrzewa i wysusza korzenie trawy). To samo dzieje się jesienią, kiedy grabimy wszystkie liście, które opadają z drzew między innymi po to żeby osłonić glebę przed wysuszającym ją wiatrem i mrozem. 


Ważniejsze od ilości wody jest miejsce dla niej. 

Najgorsze jednak jest to, że na przestrzeni ostatnich 70 lat osuszyliśmy niemal wszystkie bagna i mokradła jakie mieliśmy w naszym kraju i uregulowaliśmy prawie wszystkie rzeki. Tymczasem musimy pamiętać, że to nie ilość spadającej z nieba wody, ale brak miejsca dla niej oraz wysokie tempo spływu prowadzą do suszy – a przed nią równie często do powodzi.

Naturalne rzeki meandrują lub rozdzielają swoje koryto, co wyhamowuje rwący nurt, podobnie jak śródrzeczne wysepki, rosnące po brzegach szuwary oraz drzewa i krzewy, które, tak jak roślinność podwodna, same przechwytują ogromne ilości wody. Woda stagnuje, wsiąka w grunt i wolno odparowuje, żeby powrócić w postaci regularnego deszczu. I o to chodzi!

Ale wyprostowane, wyprofilowane i „wyczyszczone” z wszelkiej roślinności rzeki wielokrotnie przyspieszają spływ wody. Setki tysięcy kilometrów rowów melioracyjnych oraz małe rzeczki i strumienie odprowadzają wodę do większych rzek, które wpływają do dużych, a te w końcu wpadają do Wisły i Odry, żeby szybko wylać cała wodę do Bałtyku.

Tymczasem woda w rzece jest jak samochód na drodze. Na prostej i pustej drodze ekspresowej rozpędza się w mgnieniu oka i jedzie nieporównywalnie szybciej, niż na polnej, krętej i wyboistej. Taka też jest różnica pomiędzy spływem rzeką naturalną, a uregulowaną i wybetonowaną. (Do tego, wysokie, wybetonowane brzegi nie tylko powodują, że żadne rośliny i zwierzęta nie mają szansy tam przeżyć, ale też odcinają od wody glebę, która nie może już ani chłonąć, ani  nasiąkać wodą!)

Pozostawienie lub odtworzenie przynajmniej części bagien, w tym szerokich połaci naturalnych terenów zalewowych wzdłuż rzek, które tradycyjnie były i mogą być wykorzystywane jako bardzo żyzne łąki i pastwiska, to najskuteczniejszy system przeciwpowodziowy i najlepszy sposób trwałego zabezpieczenia się przed suszą. 


Co robić?

Dzisiaj zatrzymujemy zaledwie 6,5 procent wody, jaka przepływa przez Polskę. To nic w porównaniu ze stanem sprzed masowych melioracji i dużo za mało, żeby uchronić nas przed suszą a nawet pustynnieniem.

  • Naszym strategicznym celem powinno być jak najszybsze zwiększenie retencji wody w całym kraju – dużej i małej. Powinniśmy robić to, co kiedyś robili rolnicy w krajach suchych – tworzyć lub w naszym przypadku odtwarzać jeziorka i stawy, a także starorzecza i mokradła.
  • Uwolnić rzeki, zakopać przynajmniej część rowów melioracyjnych oraz sadzić drzewa lub jeszcze lepiej przestać wycinać, te które już są. Poważnymi sprzymierzeńcami mogą być dla nas bobry – i będą, jeśli tylko im na to pozwolimy, zamiast do nich strzelać. Mówi nam to zdrowy rozsądek, eksperci  oraz doświadczenia innych krajów.
My jednak wciąż nagminnie i bez najmniejszego sensu (społecznego, finansowego ani środowiskowego) regulujemy nasze rzeki – nawet jeśli płyną pośród łąk (szkoda, bo stagnująca wiosną woda bardzo dobrze robi naszym łąką) i lasów. Co gorsza, pozbawiane naturalnej roślinności, prostowane i pogłębiane koryta przy niskich stanach wód gruntowych, co staje się u nas normą, zaczynają działać jak zwykłe rowy melioracyjne – osuszają teren przez który płyną! Tylko w latach 2016 i 2017 tak zwane odmulanie wykonano na łącznej długoście ok. 18 tys. km potoków i rzek, a zarośla przybrzeżne i podwodne usunięto z prawie 30 tys. km! Wykopane dawno temu rowy też są stale pogłębiane, a do tego powstają nowe, jeszcze bardziej pogorszając już i tak fatalny bilans wodny. Tymczasem już w ubiegłym roku w wielu regionach i miejscowościach brakowało nawet wody pitnej i konieczne było wprowadzenie ograniczeń. Lata masowych melioracji i kumulacja głupich decyzji doprowadziły do tego, że mamy dzisiaj jedne z najmniejszych zasobów wody na kontynencie, o zdewastowanym krajobrazie i przyrodzie nawet nie wspominając.

Podczas gdy na jednego mieszkańca Europy przypada średnio 4560 metrów sześciennych wody, na jednego Polaka tylko 1563


Czy moglibyśmy to zmienić? Tak, dość szybko i łatwo, bo wiemy co trzeba zrobić i jak to zrobić. Jak zwykle największym problemem są stare nawyki, zwykła głupota i brak dobrej woli. Reszta zależy od nas. Możemy zacząć od własnego podwórka, łąki lub pola. 
A Ty? Jesteś na pTAK! 



 

Autor: Jacek Karczewski