7 grzechów głównych

Martha i 5 miliardów...

Dopóki są ptaki, dopóty jest nadzieja. Reszta zależy od nas.

Jesienią roku 1813, gdzieś na horyzoncie środkowo-wschodnich, już Zjednoczonych Stanów Ameryki, pokazał się ciemny kształt. To, co najpierw wyglądało jak pulsująca chmura, szybko zmieniło się w gigantycznego węża, który wił się pomiędzy niebem a ziemią… Rozpoczął się przelot super-stada Gołębi Wędrownych, które według opisującego to Johna Jamesa Audubon mogło liczyć ponad miliard ptaków. Malarz i rysownik - autor najdroższej książki w historii, zwany ojcem amerykańskiej ornitologii - wyliczył, że ów „wąż” ciągnął się przez blisko 500km, przy szerokości prawie 5km. Gołębie latające z prędkością 100km/h zaciemniały niebo i wzniecały wiatr. Ziemia na trasie przelotu była pokryta ich kolorowymi piórkami – i przydatnym nawozem. Ich widok zapierał dech w piersiach!

 

Tak wędrowały północnoamerykańskie Gołębie Wędrowne. Uważa się, że w tamtym czasie ich populacja mogła jeszcze liczyć co najmniej 5 miliardów – 25% do 40% wszystkich północnoamerykańskich ptaków. Był to prawdopodobnie najliczniejszy gatunek ptaka, jaki kiedykolwiek żył na Ziemi. 100 lat później, gdy wybuchła I wojna światowa i ludzie zwrócili swój talent do masowego zabijania przeciwko sobie, Gołębi już nie było.

 

Ostatnia z licznego rodu, Martha, nazwana tak na cześć żony prezydenta Washingtona, zmarła równo 100 lat temu: w zoo w Cincinnati, we wtorek, 1 września 1914, około pierwszej po południu. Najprawdopodobniej miała 29 lat. Po sekcji, to co zostało po Marcie (i po całym gatunku), wypchano i zamocowano na gałęzi w gablocie ekspozycyjnej. Ostatnią wolną samicę, 24 marca 1900 roku, zastrzelił na swojej rodzinnej farmie w stanie Ohio 14-letni Press C. Southworth. Ludzie jakby przeczuwali, że weszli w posiadanie czegoś wyjątkowego – i domowym sposobem wypchali ptaka. W miejsce oczu przyszyli dwa guziki. Swoje trofeum wkrótce oddali do sali muzealnej w niedalekim Columbus, a smutny i koślawy eksponat do dzisiaj nazywany jest Buttons (Guzik).

 

Gołębie były tanim mięsem dla niewolników, biedoty i inwentarza. Dla jednych były okazją do łatwego biznesu, dla innych sposobem na zabicie czasu… Góry martwych lub jeszcze żywych ptaków przewożone były koleją do szybko rozwijających się miast. Bywało, że jeszcze więcej zalegało ich w gnijących hałdach, bo kolej nie nadążała albo dostawcy przeliczyli się z popytem. Wszędzie dogorywały w męczarniach porzucone, okaleczone ptaki. Wówczas przypędzano świnie, aby je karmić niedobitkami. O zbliżających się przelotach lub miejscach gniazdowania ludzie informowali się za pomocą telegrafów.

 

Tam gdzie osiedlały się Gołębie Wędrowne wkrótce rozpoczynała się prawdziwa rzeź. Sprawę ułatwiał fakt, że ptaki te były wyjątkowo towarzyskie i wszystko robiły en masse. Na przykład, według opisów z 1878 roku, kolonia lęgowa w okolicach miasta Petoskey rozciągła się wśród dziewiczych wówczas lasów Wielkich Jezior na długości blisko 50km - szeroka 6km!

 

Apokaliptyczne sceny - ogień, dym, huk, fetor, krew, pióra oraz podniecenie łowczych, handlarzy i wszelkiej maści pośredników – trwały całymi tygodniami. Aż do momentu całkowitego wyczerpania – „zasobów” i ludzi. Gołębie zabijano na wszystkie możliwe sposoby. Jedni odurzali je dymem. Inni na śpiące na drzewach ptaki zarzucali sieci. Żeby się do nich dostać - ścinali cale drzewa. Szamoczące się gołębie zabijano pałkami lub kciukiem miażdżono im czaszki. Nielotne młode strącano z gniazd długimi tyczkami lub zmuszano je do samobójczej ucieczki podpalając gniazda płonącymi strzałami. Przede wszystkim jednak - strzelano. Szczególnie popularne były zawody, kto w jednostce czasu ustrzeli najwięcej ptaków. Audubon tylko w jednym roku naliczył 3 miliony gołębi sprzedanych na małomiasteczkowym rynku w stanie Kentucky, przez jednego tylko myśliwego.

 

Mało kogo obchodził los kilku miliardów gołębi wymordowanych w ciągu niespełna dwóch pokoleń. Za to, gdy na świecie została tylko Martha (jej partner George zmarł w lipcu 1910 roku), przed jej klatką, każdego dnia, zbierały się tłumy.

 

Śmierć Marty odbiła się szerokim echem w Ameryce, ale nie powstrzymała masowej dewastacji dziewiczych krajobrazów ani nie uchroniła przed eksterminacją kolejnych gatunków. Jeszcze tego samego roku świat oglądał ostatnią żyjącą na wolności Papugę Karolińską. Ostatni z rodu, samczyk o imieniu Inka, umarł otoczony swoimi opiekunami 21 lutego 1918 roku - w tym samym ogrodzie zoologicznym i w tej samej wolierze, w której wcześniej zmarła Martha. Nikt nie miał wątpliwości, że Inka zmarł z żalu po swojej (od zawsze) partnerce, Lady Jane, którą stracił latem poprzedniego roku.

 

Gdy nie było już Papugi Karolińskiej ani Gołębi Wędrownych, myśliwi wycelowali swoje strzelby w Kuliki Eskimoskie. Też bardzo liczny, wybitnie towarzyski gatunek, którego populację liczono w milionach. Prawdopodobnie ostatniego Kulika widziano na Barbados w 1963 roku.

 

W parku w Wisconsin stoi dzisiaj pomnik Gołębia Wędrownego, na którym widnieje napis: „Ten gatunek wyginął z powodu ludzkiej zachłanności i bezmyślności”. Słowa te są wciąż aktualne. Zawsze były.

 

 

Arkadii nie było

W 1598 na Mauritiusie pojawili się pierwsi osiedleńcy. W 1681 nie było tam już żadnego Dodo. Ani tam, ani nigdzie indziej na Ziemi. Wielkie, tłuste i łagodne gołębie robiły za magazyn żywności dla przepływających obok wyspy okrętów.

 

To samo, tylko wcześniej i na większą skalę, wydarzyło się na nieodległym Madagaskarze. Zanim pojawili się tam ludzie na wyspie żyło m.in. około 10 gatunków nielotnych mamutaków. Największy z nich, Aepyornis maximus, miał prawie 3 m wysokości, co przy wadze 450 kg czyniło go prawdopodobnie najcięższym ptakiem w historii Ziemi. Równie rekordowe były jego jaja. Mierzyły metr w obwodzie i były największymi jajami, jakie kiedykolwiek znosiło jakiekolwiek zwierzę, łącznie z największymi dinozaurami. Do dziś na niektórych plażach Madagaskaru można znaleźć fragmenty ich skorup. Ostatnie mamutaki przetrwały jeszcze do początku XVII wieku.

 

Podobny schemat powtarza się za każdym razem i wszędzie tam, gdzie dotarli ludzie. Założenia o rzekomej symbiozie i życiu naszych przodków w harmonii z Naturą (dzisiaj powiedzielibyśmy: zrównoważonym korzystaniu z zasobów) są absolutnym mitem.

 

Zanim Polinezyjczycy dotarli do Nowej Zelandii – najprawdopodobniej około 1300 roku - była ona niczym wielki, naturalny rezerwat ptaków. Bo przed przybyciem ludzi nie było tam innych ssaków. Rolę wielkich roślinożerców, charakterystycznych dla wszystkich kontynentów i dużych wysp, pełniły ptaki – w tym co najmniej 11 gatunków moa. Jak przystało na wielkich roślinożerców, niektóre z nich były naprawdę wielkie. Dinornis maximus miał ponad 3m wzrostu i ważył jakieś 270kg. Około roku 1700 wszystkie moa były już wybite. Po wielkich ptakach zostały tylko kości i ozdoby z nich wyrabiane.

 

Razem z moa zniknął m.in. ogromny orzeł Harpagornis moorei, który na nie polował. Wyeliminowanie jakiegoś gatunku zawsze wpływa na inne gatunki, które były z nim związane. Może to pociągnąć za sobą kolejną ekstynkcję. Na Nowej Zelandii wygasły wówczas co najmniej 24 inne gatunki. Eksterminacja postępowała systematycznie, od północy na południe, wraz z kolonizacją wysp. Napływ białych od ok. 1840 spowodował zanikanie kolejnych ptaków. Łącznie, odkąd na Nowej Zelandii pojawili się ludzie, wyginęło tam co najmniej 40% gatunków - 45 różnych, niepowtarzalnych form życia.

 

Jeszcze gorszy los spotkał ptaki żyjące na Hawajach. Generalna zasada była (i wciąż jest) taka, że im dłużej dana wyspa jest skolonizowana, tym bardziej przekształcany jest jej krajobraz i tym bardziej zubożana jest jej przyroda. W najbardziej ekstremalnej postaci można to prześledzić na Wyspach Wielkanocnych. Wyspiarska cywilizacja Rapa Nui upadła na długo zanim zawitali tam biali odkrywcy. Po czasach świetności zostały tylko tajemnicze posągi w kompletnie ogołoconym, jałowym krajobrazie. Na tym tle wyjątkiem są Wyspy Galapagos – żadnej ekstynkcji! Dlaczego? Klimatycznie mało przyjazne Galapagos nigdy nie zostały skolonizowane przez tzw. ludy pierwotne.

 

Polinezyjczycy nie tylko zjadali ptaki (i inne zwierzęta), zdobili się ich piórami i kośćmi. Sprowadzali też ze sobą świnie, psy, szczury oraz wielkie przekształcenia w krajobrazach wrażliwych, wyspiarskich ekosystemów. (Czyli robili dokładnie to, co wszyscy teraz robimy - dosłownie w każdym miejscu na całej Ziemi!) Po nich przybywali biali kolonizatorzy – ze swoimi psami, kotami, kozami oraz bronią palną! Często towarzyszyła im obsesja trofeów, za które niektórzy kolekcjonerzy i muzea gotowe były płacić wielkie sumy. Jedni i drudzy się wówczas spieszyli, bo wiedzieli, że nie dla wszystkich wystarczy - trofeów i eksponatów. (Robili dokładnie to, co wielu robi też dzisiaj…)

 

W ostatnich pięciu stuleciach z pacyficznych wysp zniknęła co najmniej połowa zamieszkujących je gatunków ptaków. Badacze tematu szacują, że tylko w ciągu ostatniego tysiąclecia doprowadziliśmy do zagłady 1/5 gatunków na Ziemi. Najprawdopodobniej jeszcze większego spustoszenia dokonali Polinezyjczycy, w czasie trwającej kilka tysięcy lat kolonizacji. O ile na wyspach, do wielu upadków całych gatunków i ekosystemów doprowadziły zawleczone tam domowe lub dzikie zwierzęta, o tyle na kontynentach praktycznie wszystkie ekstynkcje spowodowane były całkowitym wybiciem zwierząt. Najlepszym tego przykładem jest to, co się stało w Ameryce Północnej i w Europie - a co ciągle się dzieje i najbardziej widoczne jest dzisiaj w Azji i Afryce.

 

 

Wielkie żarcie

30 października 1594 roku, na przyjęciu weselnym księżniczki Anny Hohenzollern i Jana Zygmunta Hohenzollerna – późniejszego regenta i księcia pruskiego za czasów Zygmunta III, zaproszeni goście zjedli m.in.: 13 Żubrów, 20 Łosi, 10 Jeleni - byków, 22 łanie, 36 Dzików, 29 prosiąt, 2 Niedźwiedzie, 48 Saren, 272 Zające, 5 łabędzi (najprawdopodobniej były to Łabędzie Nieme), 123 Słonki, 279 Cietrzewi, 433 Jarząbków, 47 Kuropatw, 413 dzikich kaczek (…).

 

Jeszcze więcej mogli zjeść zaproszeni na ucztę wydaną przez George’a Neville’a z okazji objęcia przez niego urzędu Arcybiskupa Yorku, we wrześniu 1465. Oto co, m.in., zabito i podano tamtego dnia do stołu: 6 dzikich byków (być może chodziło o Żubry importowane z kontynentalnej Europy), 1000 jagniąt lub owiec, 304 cielęta, 304 prosięta, 400 łabędzi (prawdopodobnie Łabędzi Niemych), 2000 gęsi, 1000 kogutów kapłonów i 2000 kurcząt, 400 siewek (nie wiemy dokładnie jakich gatunków), 1200 Przepiórek, 2400 Batalionów, 104 Pawie, 4000 Krzyżówek i Cyranek, 204 Żurawie, 4000 gołębi, 4000 królików, 204 Bąki, 400 czapli (najprawdopodobniej Czapli Siwych), 200 Bażantów, 500 Kuropatw, 400 Słonek, 100 Kulików, 1000 Czapli Białych i/lub Nadobnych (…).

 

Dla szczególnie wybrednych odłowiano żywe ptaki i przez jakiś czas karmiono je w taki sposób, aby nadać ich mięsu pożądany smak. Przerażone dzikie ptaki często nie chciały jeść. To bynajmniej nie zniechęcało doglądających. Przy pomocy lejków i rurek karmili na siłę czaple, bociany, żurawie czy łabędzie – tak jak ciągle jeszcze w niektórych regionach tuczy się domowe kaczki i gęsi na foie gras.

 

Szczególnym przysmakiem były pisklęta. W ciągu kilku kwadransów znikały całe kolonie mew, czy rybitw. W Europie, całkiem jeszcze niedawno (tu i ówdzie nadal), bardzo popularne były najróżniejszych kształtów i konstrukcji skrytki lęgowe dla Wróbli. Ptaki chętnie zajmowały fałszywe budki, po czym ludzie w odpowiednim momencie wybierali z nich młode.

 

Jeszcze niespełna 100 lat temu masowo wybierano też jaja ptaków. Każdej wiosny większość pierwszych zniesień naszych Żurawi czy Czajek kończyła w chłopskich koszach. W zachodniej Europie był to duży biznes, który np. na Wyspach Brytyjskich prawie doprowadził do wyginięcia Czajki, Rycyki czy Bataliony. Z tego samego powodu kurczyły się lub zupełnie zanikały całe kolonie mew i ptaków morskich. Zawodowi i przygodni wybieracze każdego roku pozyskiwali dosłownie miliony jaj. Nawet maleńkie jajeczka wróblaków były uważane za wielki przysmak. Smakosze szczególnie cenili sobie jaja świergotków, Ortolanów i Skowronków – podobnie zresztą jak same ptaki.  

Jaja dzikich ptaków były nie tylko zjadane. Powszechnie wykorzystywano je też w przemyśle – m.in. w farbiarstwie, mydlarstwie, obróbce skór, do produkcji nawozów i karmy dla zwierząt gospodarskich.

 

Po wiekach ciągłej i bezlitosnej eksploatacji oraz przekształcania krajobrazu, populacje i zasięgi europejskich ptaków wyraźnie się zmniejszyły. Na początku XX stulecia, gdy za oceanem umierała Martha – ostatni na Ziemi Gołąb Wędrowny, ornitologiczna mapa naszego kontynentu wyglądała zupełnie inaczej niż sto, czy tym bardziej kilkaset lat wcześniej. Mimo to, z dzisiejszej perspektywy możemy mówić, że w tamtych czasach było… dużo ptaków – a także innych zwierząt.

 

Czy śmierć Marty nas czegoś nauczyła?

W ciągu 100 lat od śmierci Marthy, z Ziemi zniknęło kolejnych pięć miliardów ptaków. Szacuje się, że tylko w Europie straciliśmy w tym czasie co najmniej miliard ptaków różnych gatunków. Największe spadki dotyczą ostatnich 30-40 lat. Populacja naszego Skowronka podobnie jak innych ptaków tzw. krajobrazu rolniczego zmniejszyła się o ponad 1/3. Liczebności poczciwej Kuropatwy czy Turkawki spadły o 85%. Prawie równie dramatyczne spadki obserwujemy u Czajki. Dzierzby Rudogłowa i Czarnoczelna już się u nas nie lęgną. Wcześniej wyginęły m.in. Dropie i mityczne Nury. Bajecznie kolorowych Krasek pozostało w najlepszym razie kilkanaście par. Na krawędzi przetrwania znalazły się też puszczańskie Głuszce i Cietrzewie, które w 1994 roku z listy gatunków łownych trafiły bezpośrednio do Polskiej Księgi Gatunków Zagrożonych. One, tak jak Bataliony - i coraz więcej innych gatunków – bez naszego wsparcia nie dadzą sobie rady. W poważnych tarapatach są nasi mali (i duzi) migranci – trudno im nadążyć za zmianami klimatycznymi, a prześladowania i polowania na trasie migracji czynią ją jeszcze bardziej ryzykowną. W krajach śródziemnomorskich masowo łowi się nasze Słowiki, Rudziki czy jaskółki - przy użyciu broni palnej, sideł, wszelkich pułapek, sieci, lepów, prądu, odurzających dymów lub karmy – często z wykorzystaniem uwięzionych żywych ptaków wystawianych na wabia. Do dużych ptaków strzela się jak do żywych tarcz. Nic dziwnego że naszych boćków ubyło w ostatniej pięciolatce ok. 10 tysięcy par.

 

W wielkim tempie znika charakterystyczna dla naszych wsi mozaika pól, łąk, miedz i zagajników. Zastępuje ją wielkoobszarowe rolnictwo i rozległe monokultury. Miła dla oka różnorodność, miała życiowe znaczenie dla wszelkich ziół i owadów oraz wszystkich tych którzy od nich zależeli. Te, które większość czasu spędzają na ziemi, mają dużo szczęścia jeśli ujdą z życiem przed nadjeżdżającymi maszynami, co w przypadku piskląt jest prawdziwym cudem. Tony pestycydów i herbicydów (te pierwsze mają truć owady lub gryzonie, te drugie tzw. chwasty) czynią nasze pola tyleż trującymi, co pozbawionymi jakiegokolwiek życia, a przez to jedzenia.

 

Typowo polską specjalnością ostatnich lat jest dewastacja tzw. krajobrazu zurbanizowanego. Konsekwencje tego wykraczają daleko poza aspekt estetyczny i kulturowy. Antyprzyrodnicze (i antyklimatyczne) parki, skwery i przydomowe ogrody, w skali całego kraju, mogą wkrótce doprowadzić do spadku populacji ptaków ogrodowych nawet o połowę. Tymczasem żyjemy w czasach tak wielkiej presji na przyrodę (antropopresji), że każdy Wróbel czy Modraszka są dziś na wagę złota. Historia Marty i jej współplemieńców uczy nas, że w świecie przez nas rządzonym nawet super-liczebność nie wystarczy, aby uchronić gatunek przed zagładą. Parafrazując Johna Jamesa Audubon: świata nie odziedziczyliśmy od naszych ojców, lecz pożyczyliśmy go od naszych dzieci.

 

Dopóki są ptaki, dopóty jest nadzieja. Reszta zależy od nas.

 

Bądź na pTAK! Zanim będziesz za późno.

 

Dołącz do Ogólnopolskiej Kampanii Bądź na pTAK! Śledź kolejne publikacje naszego cyklu, a już 17 listopada kup Gazetę Wyborczą z plakatem Ptaki Rzadkie i Ginące.
Jesteś na pTAK!? - sprawdź się...

 

Artykuł w wersji skróconej ukazał się w Gazety Wyborczej w dniu 31 października 2014 oraz na portalu gazeta pl.

 

Autor: Jacek Karczewski

Źródło: Ptaki Polskie

Powiązane artykuły

Zimowe warsztaty fotograficzne na Nowy Rok

Zimowe warsztaty fotograficzne na Nowy Rok

04 grudzień 2013

Czy fotografujesz i chcesz zgłębić techniczne tajniki pracy ze swoim aparatem? Właśnie nadarza się niepowtarzalna okazja. W ostatni weekend tego roku będziemy mieli okazję uczestniczyć w dynamicznych warsztatach fotografii przyrodniczej, które o

WIĘCEJ >
Bądź na pTAK! i na bieżąco z wiedzą.

Bądź na pTAK! i na bieżąco z wiedzą.

29 październik 2014

Zapraszamy do listopadowych wydarzeń i publikacji - a tych mnóstwo w Kampanii Bądź na pTAK!

WIĘCEJ >
Czy możemy zmienić świat?

Czy możemy zmienić świat?

16 październik 2013

Sceptycy powiedzą zdecydowanie "nie", realiści powiedzą "nie", optymiści powiedzą zdecydowanie "tak". Więc kogo słuchać? Słuchajcie państwo nas! Każdy może zmieniać świat na lepsze. My tak zrobiliśmy razem z podopiecznymi Stowarzyszenia Mie

WIĘCEJ >