7 grzechów głównych

Zazdrość. Drop Wielki

Arystokrata wśród stepu. Ogromne ptaszysko. Największy w Europie. Jeden z najcięższych latających ptaków na świecie.

Wysokie na metr i więcej, niektóre samce osiągają wagę ponad 20kg (tyle co dorodna sarna!) i rozpościerają swoje skrzydła na blisko 2,5m. Mimo to potrzebują zaledwie kilku kroków rozbiegu, aby wznieść się w powietrze. Tam – majestatyczne - lecą zaskakująco szybko, prosto i wytrwale. Ale na podniebne manewry raczej nie mogą sobie pozwolić.

 

Ptaki – kwiaty. Tokujące samce robią wszystko, aby ukryć swoje pręgowane, czarno-rude pióra i wyeksponować lśniąco białe - zwykle ukryte pod tymi pierwszymi. W tym celu praktycznie wywracają „lewą na prawą: stroszą się, wywijają wielkie skrzydła, zarzucają na plecy strojne ogony. Do tego nadymają worki powietrzne na szyi, zaś po bokach głowy rozkładają coś na kształt długich, srebrno-niebieskich wąsów. Dosłownie zakwitają w krajobrazie niczym ogromne, białe orchidee. Zapalają się i gasną. Widoczne z odległości wielu kilometrów, niczym latarnia morska przyciągają do siebie samice. Przeważnie milczą. Słychać jedynie szelest drżących piór, czasami jakby buczenie (po to właśnie rezonujące worki na szyi) i… bicie serca. Ono bowiem w szczycie podniecenia uderza 900 razy na minutę! Przy czym u dropi ów szczyt następuje w… kulminacyjnej pozie tańca godowego - wykonywanegąo solo!

 

Dawne łąki i pola, każdej wiosny, od marca do czerwca, rozbłyskiwały bielą dziesiątków i setek tokujących dropi. Tokowiska rozciągały się na przestrzeni nawet kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. To jeden z najbardziej niezwykłych widoków, jakie możemy podziwiać na naszej planecie. U nas już nie do zobaczenia.

 

W Polsce Dropie gnieździły się po raz ostatni w roku 1986, pod Pyrzycami w północno-zachodniej Polsce. Niestety z jedynego jaja nic się nie wylęgło. Późniejsze badania wykazały, że rozwijający się embrion obumarł. Bardzo możliwe, że miało to związek z eksplozją w Czarnobylu. Tamtej wiosny bowiem niewiele piskląt przyszło na świat. W kolejnym sezonie, w tym samym miejscu, pojawił się tylko samotny samiec…

 

Już w pierwszej połowie ubiegłego wieku populacja Dropi szybko się kurczyła. Mimo to, prominentni myśliwi wciąż do nich strzelali. Kłusownicy i postępująca skokowo  intensyfikacja rolnictwa przyspieszyły kryzys. W roku 1958 było ich 432, w 1972 – 159, w 1979 – 25. Wreszcie podjęto radykalne próby ratowania gatunku. 14 ptaków umieszczono w specjalnej wolierze w Siemianicach w Wielkopolsce. Miały dać początek programowi ratunkowemu. W hodowli dropie pokazały nieznane i zaskakujące oblicze. Młode ptaki szybko przywiązywały się do swoich opiekunów. Poznawały ich ze znacznej odległości. Nawet w grupie innych ludzi - po głosie, sylwetce, ubraniu. Gdy dorosły, wciąż traktowały ich jak swoich - i najlepszych przyjaciół. Z daleka biegły się witać, chętnie spędzały z nimi czas.

 

W nocy, 13 grudnia 1980 roku, ktoś wszedł do woliery i zabił 9 z trzymanych tam ptaków. Zginęły zatłuczone pałką. Śledztwo umorzono z powodu „znikomej szkodliwości społecznej czynu”. 2 lata później, ktoś ponownie dostał się do woliery i zabił 2 kolejne ptaki. Śledztwo… umorzono z powodu „znikomej szkodliwości społecznej czynu”. Wkrótce zgasły polskie Dropie. Ostatni zmarł w 1989. Z naszego terytorium zniknęła cała, odwieczna linia życia…

 

Wspaniały i okazały Drop – nieistniejący już dowód na to, że możemy wszystko, że jesteśmy bezkarni. Oraz -  że wszystko na Ziemi jest ze sobą powiązane, i że nic nie trwa wiecznie.

 

Niemiec potrafi

Dzisiaj, aby zobaczyć tego wielkiego ptaka trzeba odwiedzić Brandenburgię, gdzie zaledwie 50km od granicy z Polską, niedaleko Berlina, zamieszkuje 130 dropi. Jeszcze w  połowie lat 90. ubiegłego wieku, zaledwie 15 lat temu, było ich 57. Niewiele ponad 1 proc. populacji, jaka istniała w Niemczech 60 lat wcześniej!  Dosłownie w ostatniej chwili udało się uratować gatunek. Dzięki wspólnym staraniom niemieckich przyrodników, rolników rządu oraz Komisji Europejskiej.

 

W latach 90. ubiegłego wieku, gdy „projekt drop” nabierał rozmachu, pojawiły się wokół niego pewne kontrowersje. Niektóre media okrzyknęły go „najdroższym ptakiem świata“. A to za sprawą przebudowy odcinka kolejowego między Berlinem a Hanowerem, biegnącego przez sam środek obszaru ochrony dropia w Havelländisches Luch. To, co wcześniej znajdowało zastosowanie tylko w przypadku osad ludzkich, teraz miało służyć także dropiom. Między innymi zainstalowano system ekranów dźwiękoszczelnych, zaś po obu stronach torów kolejowych wybudowano specjalny wał, który miał zapobiec zderzaniu się ptaków z pociągami lub siecią trakcyjną. Ostatecznie koszty okazały się mniejsze niż pierwotnie zakładano. Wynosiły ułamek tego, ile kosztowałyby rozwiązania alternatywne, takie jak dalekie objazdy czy wykopanie tuneli. Z inwestycji skorzystały i zwierzęta, i ludzie.

 

Z myślą o turystach i ptasiarzach zapewniono odpowiednie czatownie i punkty obserwacyjne. Z drugiej strony ograniczono ruch kołowy i pieszy, kanalizując go w wybranych miejscach. Porozumiano się nawet z Bundeswehrą, operatorami lotnisk niemieckich i baloniarzami. Dzięki temu udało się znacznie ograniczyć ruch powietrzny nad tym rejonem. Najwyraźniej ten spokój służy nieśmiałym ptakom, u których tzw. wskaźnik zapłodnień jest dziś najwyższy od czasów rozpoczęcia rejestracji w latach 80. ubiegłego wieku.

 

Jako że pełna kontrola drapieżników zagrażających jajom i pisklętom nie jest możliwa, wygrodzono specjalne enklawy - w taki sposób, aby nie mogły się tam dostać lisy, czy inni czworonożni drapieżcy. Teraz zmyślne dropiowe kury tam właśnie zakładają gniazda. Pogodziły się nawet z „tłokiem”, którego w okresie lęgowym normalnie unikają. Na powierzchni 18ha wysiaduje tu jednocześnie do 15 kur. W każdym gnieździe są 1-3 jaja (najczęściej 2). W tych warunkach wiek dorosły osiąga nawet 11 piskląt rocznie! A to naprawdę bardzo dobry wynik. Od kilkunastu lat trwa też program monitoringu satelitarnego. Młode dropie wyposażane są w specjalne nadajniki, które pozwalają śledzić ich dalsze losy.

 

Aż do czasu szczęśliwego zakończenia, historia niemieckich dropi toczyła się podobnie do historii ich polskich współplemieńców. Tak jak w dawnej (niedawnej?) Polsce, tak w Niemczech drop był ptakiem pospolitym. Tak bardzo, że w polskiej literaturze fachowej nazywano go… „dropiem pospolitym”. W powszechnym użyciu był też zwrot „dropiowy” - dla określenia koloru lub pręgowanego wzoru charakterystycznego dla dropi. Wówczas każdy z łatwością mógł w oryginale zobaczyć co to za kolor i wzór. Z uwagi na swoje rozmiary, drop uważany był za „zwierzynę grubą” i tylko panujący i szlachta mieli prawo na niego polować. Tylko w Prusach i tylko w 1900 roku odnotowano 820 oficjalnie ubitych ptaków. Podczas gdy władze ceniły te ptaki ze względów łowieckich, chłopi narzekali na szkody, jakie wyrządzały one na polach. W końcu, w 1753 roku, za zgodą Fryderyka II, wprowadzono działania mające na celu zmniejszenie liczebności dropi. Jeszcze na początku XX wieku dzieci szkolne miały za zadanie zbierać jaja dropi z pól. W roku 1939 tylko w Brandenburgii żyło jeszcze około 3400 ptaków, zaś w całej Europie Środkowej 18000. Potem było już tylko gorzej. Tempo spadku wyniosło 90% w ciągu 50lat!

 

 

II rewolucja rolna

Postępująca intensyfikacja rolnictwa, w połowie XIX wieku nabrała wyjątkowego tempa. Liczyła się produktywność. Aby utrzymać ją na odpowiednim, wciąż wyższym poziomie, konieczne stało się częste nawożenie pól oraz walka ze „szkodnikami” - za wszelką cenę. Lawinowo wzrastało też użycie maszyn rolniczych. Oczywiście zmieniły się też same maszyny – stały się nieporównywalnie większe i cięższe. Coraz częściej pracowały zespołowo. Za nimi – dosłownie pod nimi - zmieniła się też ziemia. Coraz bardziej ubita, coraz mniej przepuszczalna. „Dostępna” dla roślin tylko po odpowiednim, maszynowym(!) przygotowaniu. Dawna sezonowość prac polowych odeszła w przeszłość. Wraz z nią okresy ciszy i spokoju oraz poczucie bezpieczeństwa w domach dropi i ich wszystkich sąsiadów. Zniknął też niegdysiejszy zróżnicowany krajobraz, tak cenny dla trwania całej przyrody – i miły dla naszego oka. Różnorodność upraw, zmienność pól, współistnienie łąk, miedz, strumieni i zagajników zajęła monotonia monokultur. Jednogatunkowe, szybko rosnące, równo wysokie, jednolicie gęste - i bardzo rozległe. Gęsta wegetacja utrudnia poruszanie się i utrzymuje wilgotny, chłodny mikroklimat. Nieliczne owady występujące w tego typu uprawach są starannie trute, chociażby w obawie przed ewentualną inwazją, o którą w monokulturze przecież łatwiej! Wszędzie jest tak samo - i nie ma miejsca wytchnienia. Fatalna kombinacja – szczególnie dla bardzo wrażliwych piskląt. Wielkoobszarowe plantacje są łatwiejsze w uprawie, ale znacznie mniej odporne - w konsekwencji potrzebują jeszcze więcej nawożenia, więcej środków owadobójczych, większych, cięższych, liczniejszych maszyn, częstszych prac polowych... W tym nowym krajobrazie wszystkiego jakby więcej - tylko życia coraz mniej.

 

Praktycznie w całej Europie, w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, dropiowe maluchy i młodzież stały się niezwykle rzadkie. Nawet tam, gdzie populacje tych ptaków wciąż wynosiły kilkaset sztuk. Większość lęgów niszczyły częste prace polowe. Samice mogły znosić drugi lęg, być może nawet trzeci – ale również ich los najczęściej był przesądzony. Nie zdążyły wysiedzieć jaj, mimo że to średnio tylko 25 dni. Tam, gdzie jakimś cudem wykluwały się pisklęta – zwykle umierały. Albo stratowane przez maszyny rolnicze, albo z głodu i zimna. W nowych warunkach nie pomagała ulubiona strategia małych dropi – „w razie niebezpieczeństwa ukryjmy się w trawie i udawajmy że nas nie ma – przecież mamy doskonały kamuflaż!” Mogło to wystarczyć w konfrontacji z lisem. Niestety, w przypadku najazdu maszyn rolniczych przynosiło tylko jeden skutek. Jedynie żywotność i odporność dorosłych, które dożywają 25 lat!, mogła jeszcze opóźnić dramatyczny spadek liczebności wielkich ptaków.

 

Bioróżnorodność: dla każdego coś dobrego

W przyrodzie jest jak w inwestycjach: więcej daje więcej. Obowiązuje tutaj pewna zasada, według której każdy gatunek roślin wiąże ze sobą i jest w stanie wyżywić od 10 do 12 gatunków owadów. Te z kolei stanowią podstawę pożywienia wielu innych – w tym również piskląt dropi. Innymi słowy, im więcej różnych roślin w danym miejscu, tym więcej różnych owadów i tym większa szansa na przeżycie tych, którzy od nich zależą. To nie wszystko! Większa różnorodność roślin zapewnia też bogatszą strukturę poszycia... Jedne są wysokie, inne niskie. Jedne potrzebują wysokich, aby po nich wspiąć się ku słońcu, inne wolą sąsiedztwo niskich, aby pewniej zakotwiczyć się w glebie. Właściwości gleby w różnych miejscach też będą się od siebie różnić, determinując tym samym gatunki i charakter roślin jakie na niej wyrosną. Oczywiście dzieje się tak tylko do czasu, kiedy częsta i głęboka orka oraz intensywne nawożenie takiej naturalnej różnorodności nie ujednolicą.

 

Tymczasem wszystkie te naturalne zależności tworzą szczególne enklawy różniące się wysokością roślin, ulistnieniem, gęstością pokrycia, nasłonecznieniem, uwilgotnieniem... Tworzą się nisze, mikrosiedliska, mikroklimaty. W jednym miejscu możemy poszukiwać ulubionych owadów, w innym zajadać się świeżymi pączkami kwiatów, a potem przejść do jeszcze innego i wykąpać się w piachu, albo w wodzie, albo po prostu – wygrzać się w słońcu…  Słowem dla każdego coś dobrego. A już z całą pewnością dla bardzo wymagających dropi. Bo w przyrodzie każdy ma szansę! Tak, w dużym uproszczeniu, przebiegają niezwykłe i wprost niepoliczalne zależności i wzajemne powiązania w przyrodzie, które określamy jako bioróżnorodność. Są one podstawą życia na naszej planecie. I wszystko jest dobrze dopóki my nie postanowimy tego uprościć i dostosować wyłącznie do naszych potrzeb

 

Arystokrata wśród stepu z widokiem

Dropie nie żyją w parach, lecz w grupach. Każda płeć tworzy własną. Przy czym młodzież zwykle trzyma się z matkami. Każda grupa ma swoją strukturę i rządzi się swoimi prawami. Grupy spotykają się albo w czasie ostrych zim, albo w czasie tokowisk. W życiu dropia grupa jest najważniejsza. Grupa daje poczucie sensu, ładu i bezpieczeństwa. Bez niej drop przeżywa silny stres. Mimo to, raz do roku, każda grup dorosłych dropi rozdziela się na kilka tygodni lub miesięcy okresu godów i lęgów. Wówczas zwykle harmonijne współżycie ustępuje miejsca rywalizacji. Odnosi się to przede wszystkich do kogutów, które udają się na tokowiska. Ptaki, znane ze swojego konserwatyzmu i wręcz panicznej niechęci do zmian, każdego sezonu powracają do tych samych miejsc, używanych od pokoleń. Tokowisko to domena samców, które popisują się tam nawet przez ponad 3 miesiące. Zwykle wystarczy znany im kod, aby każdy trzymał się swojego miejsca i respektował ustalone zasady. Gdy jednak te zostaną złamane – może dojść do walki. Dropie walczą ze sobą rzadko. Zdarzały się jednak pojedynki na śmierć i życie.

 

Oczywiście samice też zaglądają na tokowiska. To one wybierają partnera – na chwilę. Potem zajmują się swoimi sprawami – znoszeniem jaj, ich wysiadywaniem i wychowaniem piskląt. Małe dropie, należą tzw. zagniazdowników, czyli piskląt, które tuż po wykluciu są w pełni gotowe, aby podążać za rodzicami. Zagniazdowniki to taki odpowiednik źrebiąt - na przykład - i przeciwieństwo szczeniąt, czy kociąt. Przy czym w przypadku dropi rzeczywistość znowu jest bardziej skomplikowana. Dzieci podążają za matką - ale z trudem. Wciąż są bardzo powolne, nieporadne i wymagają ciągłej opieki. Nawet chodzić muszą się nauczyć. Początkowo muszą też być przez matkę karmione. Ta co chwila podaje im drobne owady, których różnorodność i dostępność ma decydujące znaczenie dla przeżycia maluchów. W pierwszych dwóch tygodniach życia jedno pisklę potrzebuje ponad 10 tys. owadów - prawie 1kg! Z czasem troskliwa mama będzie zrywać dla dzieci soczyste pędy ziół i kwiaty. Gdy będą jeszcze większe – włączą do diety ziarna, a nawet małe ssaki. Wychowanie dropiąt to naprawdę ciężka i żmudna praca. Tym bardziej że w ich świecie wszystkie matki są samotne. Mimo to, gdy okolica jest bezpieczna i dostatnia, niektóre z nich decydują się nawet na trójkę dzieci w sezonie. To nie lada poświęcenie - zwłaszcza że pisklęta rosną wolno, trzeba je wszystkiego nauczyć, a i do samodzielności im nie spieszno. Młodzież męska wkrótce zacznie przerastać matkę. Ta jednak będzie ją cierpliwie dokarmiać nawet jesienią - mimo że wtedy jest już znacznie od swoich synów mniejsza.

 

Któregoś dnia wszyscy powrócą do swoich grup, na tradycyjne letnie kwatery. Dni będą im upływały na niespiesznych spacerach, podjadaniu ziół i sjestach. Ponieważ mają tylko trzy palce, nie mogą drzemać stojąc na jednej nodze, tak jak wiele innych ptaków. Dropie po prostu… kładą się na brzuch – i w tej pozycji zasypiają. Oczywiście ktoś w grupie zostaje na straży. W razie niebezpieczeństwa, zamiast latać, wolą odejść lub odbiec. Choć  - jakby niechętnie i z niedowierzaniem. Dumne i arystokratycznie flegmatyczne, dropie sprawiają wrażenie jakby brzydziły się szybkich ruchów. W końcu pośpiech jest taki pospolity… Pod wyszukanymi manierami i elegancką wyniosłością ukrywają swoją prawdziwą naturę – wrażliwą, introwertywną, nieśmiałą, mało pewną siebie, neurotyczną. Nic dziwnego, że tak trudno im przetrwać w naszych czasach.

 

Jasnowidz, prowokator, lunatyk

Po ryzykownym okresie dzieciństwa i młodości, który w świecie dzikiej przyrody przeżywają tylko prawdziwi szczęściarze, wielkie ptaki wchodzą w okres dorosłości. Kury mają wówczas 2 lata, koguty 4-5. Przy czym ci ostatni, mimo że już płciowo dojrzali, dopiero w  wieku 6-7 lat zasmakują pełni dorosłości… Dopiero wówczas mają szansę na utrzymanie własnego rewiru godowego. Do tego czasu ptaki będą uczyły się życia. W tym, w szczególności, skomplikowanych relacji i rytuałów społecznych. Również i tego, jak najlepiej zaprezentować się w czasie toków oraz jak zdobyć i posiąść samicę - mimo, że sam akt miłosny to tylko krótka chwila. Z doświadczeniem przychodzi czas względnego spokoju i stabilizacji. Tym bardziej, że dorosłe dropie prawie nie mają naturalnych wrogów. I mało który wróg zdoła się zbliżyć do dropi na tyle aby im zagrozić. Chyba że trzyma w ręce broń zdalnego zabijania. Legendarne były czujność i spostrzegawczość dropi - oraz coś w rodzaju szóstego zmysłu. Dropie znane były z tego, że bez obaw spacerowały w odległości kilkudziesięciu metrów od pracujących w polu rolników, ale na widok myśliwych zrywały się do lotu z odległości więcej niż pół kilometra! Oczywiście myśliwi wpadli na pomysł, aby przebrać się za rolników lub nawet ukryć w stercie siana na wozie lub przyczepie i w ten sposób zbliżyć się do ptaków. Dropie jednak umiały rozpoznać taką zasadzkę. Jak?! To już pozostanie ich tajemnicą. W każdym razie te niezwykłe zdolności ptaków obróciły się przeciwko nim. Zastrzelenie dropia dowodziło bowiem wyjątkowych umiejętności łowczego, toteż każdy ambitny myśliwy stawiał sobie za punkt honoru pozyskanie odpowiedniego trofeum. Im więcej trofeów, tym bardziej oczywiste było, że to nie przypadek, lecz umiejętności ich dumnego właściciela. Poszukiwaczy trofeów przybywało. I o ile w dawnych czasach przysłowiowo czujne dropie miały jakieś szanse na wojnie wytoczonej im przez ludzi, o tyle technologia XX wieku tych szans je pozbawiła. Tym bardziej, że sprytny człowiek, myśliwy-„esteta”, doskonale wiedział kiedy ptaki są najbardziej bezbronne. Oczywiście w okresie godowym. W tym czasie wszyscy jesteśmy szczególnie narażeni – dropie, cietrzewie, łosie, żaby, motyle i oczywiście my, ludzie. Tyle, że nasze amory nie mają charakteru sezonowego, dzięki czemu ich intensywność nie jest aż tak obezwładniająca i wciąż możemy, na przykład, regularnie chodzić do pracy. Chociaż każdy z nas wie, że i tak zdarzają się chwile, gdy bardzo trudno się skupić... Niektóre zwierzęta mają znacznie gorzej! To, co my przeżywamy raczej punktowo, one przechodzą okresowo i długotrwale, regularnie co roku, najczęściej z niewyobrażaną intensywnością. Bywa, że tokujące samce nawet nie jedzą całymi tygodniami. W ich żyłach i mózgach trwa ogłupiająca burza hormonów. Przedtem najważniejsza była dyskrecja i dobre ukrycie się. Teraz zrobią wszystko, aby być widocznym i/lub słyszalnym. Jedyne o czym myślą (o ile szalejące hormony w ogóle nie zablokowały im myślenia!), to wyglądać tak pięknie i okazale jak to tylko możliwe. Jedyne na czym im zależy, to obronić swój rewir. Jedyne czego pragną, to raczej przekazać życie, niż zachować własne. Samce niektórych  gatunków w kulminacyjnych momentach swoich skomplikowanych pokazów godowych dosłownie tracą zmysły! Stąd na przykład nazwa głuszec. Wówczas też najłatwiej je podejść – i zabić.

 

Kiedy kolejny strzał kończy życie drobiowego koguta, rozpoczyna się cała seria problemów i złożonych konsekwencji dla lokalnej ptasiej społeczności. Problemy te, skumulowane i w większej skali, mogą dotknąć cały gatunek. Najokazalsze trofea zapewniają najokazalsze samce. To one są liderami tokowisk i one są najbardziej wyeksponowane. Lider, to też najsilniejszy, najpiękniejszy i najbardziej doświadczony kogut, od którego młodsi mogą się wiele nauczyć. Przede wszystkim jednak, to jego kury najchętniej wybierają na ojca swoich dzieci. On i jemu podobni odbędą 80-85% wszystkich kopulacji na tokowisku. Niestety, ich też najbardziej pożądają myśliwi. Oni też są najłatwiejsi do zdjęcia.

 

Wkraczając na tokowisko, myśliwi nie tylko brutalnie przerywali najbardziej intymne i  najważniejsze wydarzenie społeczne w życiu ptaków, płosząc je i rozpędzając. Przede wszystkim powodowali chaos i dezorganizację w skomplikowanej społeczności.   Przysłowiowo trwożne dropie były szczególnie narażone na skutki takiego stresu. W przypadku wciąż zmniejszających się tokowisk mogło to mieć krytyczne znaczenie.

 

Przede wszystkim Europejczyk!

Na Węgrzech w roku 1941 żyło 8 557 „wielkich ptaków”. W 1988 – już tylko 1 100 do 1 300. Wkrótce rozpoczęto działania ratunkowe. Ostatnio ze wsparciem z Brukseli, w ramach funduszu Life. W ambitny projekt warty blisko 4,5 miliona euro, wdrażany w 9 różnych lokalizacjach, zaangażowało się 5 parków narodowych, 4 organizacje pozarządowe, uniwersytety oraz rząd.

 

Na wzór niemiecki: wykupiono wiele terenów, powiększono obszary Natura 2000, usunięto linie energetyczne z miejsc wysokiego ryzyka. Specjalni strażnicy dbają o zapewnienie spokoju w miejscach lęgowisk i chronią gniazda przed drapieżnikami. Na zimę wysiewa się odpowiednie oziminy, na których mogą się paść ptaki. W razie potrzeby odgarnia się śnieg lub wykłada karmę w postaci oleistych, wysokokalorycznych nasion. Wciąż prowadzi się sztuczny wylęg piskląt. Jaja pochodzą z lęgów porzuconych, zagrożonych lub podbierane są dzikim kurom, które wówczas zakładają drugi lęg. Prawdziwym wyzwaniem jest jednak wychowanie bardzo wrażliwych piskląt i jeszcze przyuczenie ich do życia na wolności. Zadbano o komunikację i PR. Dropie stały się wizytówką regionów, w których jeszcze żyją i przedmiotem troski lokalnych społeczności. Najważniejsza jednak jest współpraca z rolnikami. W dzisiejszej, przeważnie rolniczej Europie, przetrwanie dropi, podobnie jak kuropatw, czajek, derkaczy, skowronków i wielu innych (większości!) gatunków zależy od rolników.

 

O ironio, tylko aktywne rolnictwo może zapewnić im substytut niegdysiejszych stepów. Oczywiście jest jeden warunek – rolnictwo musi być przyjazne przyrodzie. Przede wszystkim musi zsynchronizować prace polowe z rytmem rozrodczym ptaków i w miarę potrzeby zastosować odpowiednią technologię. Musi też zachować różnorodnoś

upraw. Współcześnie taki typ rolnictwa jest mocno promowany i wspierany finansowo przez Unię Europejską, zaś tzw. programy rolnośrodowiskowe znacznie przewyższają dotacje bezpośrednie. W Niemczech, w miejscach gdzie przejście na rolnictwo w pełni ekologiczne nie było możliwe, na wielkich obszarach monokultur wyznaczono tzw. strefy dropiowe. Wyłączone w ten sposób fragmenty pól ornych szybko zamieniły się w łąki. Przyroda świetnie wykorzystała daną jej szansę. Powstała cała sieć bogatych przyrodniczo enklaw – z pożytkiem dla dropi i innych gatunków oraz dla lokalnego krajobrazu i mikroklimatu.

 

Ktoś mógłby zarzucić że to „hodowanie przyrody”. Ale – miejmy nadzieję - to tylko etap przejściowy. Trzeba wierzyć, że któregoś dnia populacja dropi wzrośnie na tyle, że będzie samowystarczalna. Wówczas nasza opieka już nie będzie konieczna. Teraz jednak nie ma czasu do stracenia! Wszyscy pamiętamy o dodo, alkach olbrzymich, turach – a to zaledwie ułamek bezwstydnej listy gatunków wytępionych. Jesteśmy im to winni – dropiom i wszystkim innym. Dropiowi poważnie zagraża tylko człowiek i tylko człowiek może go uratować.

 

Dzisiaj ponad 60% całej światowej populacji dropia żyje w Hiszpanii. Klimat i specyficzne, półnaturalne (ekstensywne) rolnictwo powodują, że wciąż jest tam wiele dobrego miejsca dla wymagających ptaków. Tym bardziej, że tamtejsze dropie nauczyły się żyć na wielkich przestrzeniach sadów korkowych i oliwnych. Po okresie kryzysu, kiedy wyginęło wiele mniejszych, lokalnych populacji, wystarczyło, że przestano na nie polować. Po nieco ponad 20 latach obowiązywania moratorium, hiszpańskich dropi wciąż przybywa – i jest ich już 30 tysięcy! Oczywiście i tutaj do sukcesu przyczyniły się dedykowane projekty dofinasowane przez KE.

 

W innych krajach albo dropi nie ma już wcale, albo ludzie, stowarzyszenia i władze z oddaniem (współ!)pracują dla ich uratowania. Każdy u siebie i wszyscy razem – od Hiszpanii po Mongolię. Ten wielki ptak ma wielką moc integrowania. I tak, Portugalczycy walczą o swoje 1399 sztuk, Turcy – około tysiąca, Ukraińcy – około 600, Austriacy – 198, Serbowie – 38. Walczą też Czesi, Słowacy, Rumuni i Bułgarzy – jednak wszędzie tam zostało w najlepszym razie kilka sztuk. Kilka tysięcy żyje jeszcze w Rosji i w Mongolii. Kilkanaście, a może kilkadziesiąt w Maroko. Jedno jest pewne: po raz pierwszy od ponad stu lat, udało się zatrzymać stromy spadek liczby tych charyzmatycznych i legendarnych ptaków. Wciąż niebezpiecznie szybko gasną w niektórych regionach, ale w ostatecznym rachunku, w ciągu ostatnich 10 lat, dropi na świecie przybyło. Ocenia się, że jest ich obecnie 37 – a może nawet 47 tysięcy. To jednak wciąż za mało, aby przestać pracować. Tym bardziej, że dogodnych siedlisk wciąż ubywa, zaś poszczególne populacje żyją w coraz bardziej izolowanych i oddalonych od siebie lokalizacjach. I jest jeszcze coś niezwykle ważnego - okazało się, że dropia można uratować!

 

Anglik chce

23 lipca 2007 roku, wszystkie najważniejsze i mniej ważne brytyjskie media donosiły, że po raz pierwszy od 175 lat na Wyspach znowu zniósł jajo drop. Ale trzeba było czekać  kolejne 2 lata, aby 2 czerwca 2009, te same media informowały o pierwszych w Wielkiej Brytanii od 1832 roku szczęśliwych narodzinach 3 małych dropi. Dwa z nich dorosły i powiększyły niewielkie stado zamieszkujące od 2004 roku Salisbury Plain – dawny poligon, który Armia Królewska oddała… Dropiom. Dzisiaj żyje tam 15 ptaków. A wszystko za sprawą kilku pasjonatów oraz piskląt z rosyjskich inkubatorów. Ci pierwsi postanowili przywrócić Anglii wielkie ptaki. Wspierani przez rząd brytyjski, licznych wolontariuszy, coraz liczniejszych darczyńców i przedstawicieli biznesu oraz Komisję Europejską - dokonali niemożliwego. W Anglii, tak jak w Niemczech oraz innych krajach, dropie nie tylko same na siebie zarabiają, ale też skutecznie napędzają lokalny biznes. Obserwatorzy ptaków (birdwatcherzy) ściągają z odległych miejsc, aby zobaczyć te wspaniałe, wielkie ptaki. Potrzebują noclegów i wyżywienia. Robią zakupy. Mieszkańcy znajdują też zatrudnienie w kolejnym wielkim projekcie. Drop już od stuleci widniał w herbie hrabstwa Wiltshire. Ostatnio trafił znalazł się także na oficjalnej fladze tego hrabstwa oraz… na mundurach miejscowego pułku.

 

Drop, gatunek niezwykle trudny - wymagający, o skomplikowanej strukturze społecznej, nadzwyczaj płochliwy i wrażliwy. Zagrożony wyginięciem w skali globalnej. Znowu jest lęgowym ptakiem Zjednoczonego Królestwa. Powodem do dumy.

 

How about us?

 

Autor: J. Karczewki

Źródło: Ptaki Polskie

Powiązane artykuły

Kwiecień z Jaskółkami

Kwiecień z Jaskółkami

05 kwiecień 2016

Kalednarz pulpitowy!

WIĘCEJ >
Biebrzańskie Sianokosy

Biebrzańskie Sianokosy

08 wrzesień 2014

Już po raz trzynasty.

WIĘCEJ >
Noc Sów z warszawskim Klubem Ptaków Polskich

Noc Sów z warszawskim Klubem Ptaków Polskich

20 kwiecień 2015

Czy olbrzymia, pełna hałasu Warszawa może być miejscem przyjaznym zwierzętom? Czy znajdziemy tu sowy? Czy pozwolą się zobaczyć i usłyszeć? Co sprawia, że są to ptaki tak fascynujące i tajemnicze? Z takimi pytaniami przyszło nam się zmierzyć 9 kwietnia 2015 podczas 4. Ogólnopolskiej Nocy Sów organizowanej w stolicy.

WIĘCEJ >